Kamieniu
Jesteś...
niemym świadkiem epoki
zastygło w tobie filuternie czarowne słowo przeszłości
Słowo, które od początku
trwa na straży Wieczności
Rzeźbi cię cierpliwość wiatru
Choć bywasz samotny
towarzyszy ci gawiedź z łapanki
porannej rosy
kropelka po kropelce,
a pod twoją skorupą pulsuje
tęsknota za ciepłym słońcem,
z którego wypijasz syte łuzy z
Zachodu i Wschodu
Jesteś kotwicą ziemi
ugrzęzłą w strumieniu czasu
dlatego ja od wczoraj, od jutra
staje się głazem, by nie poczuć już
żadnego uderzenia
bo nie rzucim, gdzie mój los…
A zrodziła cię ziemia,
by gwiazdy miały na czym oprzeć swój blask
Szkatuło milczenia
proszkiem spleciona w wieczny uścisk
zwyciężony trwaniem w schizmie
i przysiędze
nad falstartem
Na ołtarzu codziennych powrotów
kładę rym ciężki
i przepojone freski
Mój ślad po boskim rzeźbiarzu
rzucając na szaniec
bycie odarte z pragnienia
okiełznane tylko ręką
Nieodczytany hieroglif,
przez który nie przejdzie żadne spojrzenie
Wiem, że kochasz próg
między światami
dlatego raz oświetlony – raz ocieniowany
Przybywasz jak czarna skrzynka
układu słonecznego
z semantycznych rubieży
Wszechświata
skamieniała pieśń syren
w mocy prawnej wiąże w sobie inne
minerały i bóstwa
jak Ordonówna, jak święci z Petersburga
Jako rzeczownik, który nie potrzebuje czasownika,
by istnieć
I nagle, bo od zawsze, z dawien dawna
przestajesz przepraszać
przestajesz przepraszać –
będziesz przepraszać swą cierpliwą naturą
za swoje
i za moje istnienie
płakać będziem
będziem biadać
utajenie
niemym świadkiem epoki
zastygło w tobie filuternie czarowne słowo przeszłości
Słowo, które od początku
trwa na straży Wieczności
Rzeźbi cię cierpliwość wiatru
Choć bywasz samotny
towarzyszy ci gawiedź z łapanki
porannej rosy
kropelka po kropelce,
a pod twoją skorupą pulsuje
tęsknota za ciepłym słońcem,
z którego wypijasz syte łuzy z
Zachodu i Wschodu
Jesteś kotwicą ziemi
ugrzęzłą w strumieniu czasu
dlatego ja od wczoraj, od jutra
staje się głazem, by nie poczuć już
żadnego uderzenia
bo nie rzucim, gdzie mój los…
A zrodziła cię ziemia,
by gwiazdy miały na czym oprzeć swój blask
Szkatuło milczenia
proszkiem spleciona w wieczny uścisk
zwyciężony trwaniem w schizmie
i przysiędze
nad falstartem
Na ołtarzu codziennych powrotów
kładę rym ciężki
i przepojone freski
Mój ślad po boskim rzeźbiarzu
rzucając na szaniec
bycie odarte z pragnienia
okiełznane tylko ręką
Nieodczytany hieroglif,
przez który nie przejdzie żadne spojrzenie
Wiem, że kochasz próg
między światami
dlatego raz oświetlony – raz ocieniowany
Przybywasz jak czarna skrzynka
układu słonecznego
z semantycznych rubieży
Wszechświata
skamieniała pieśń syren
w mocy prawnej wiąże w sobie inne
minerały i bóstwa
jak Ordonówna, jak święci z Petersburga
Jako rzeczownik, który nie potrzebuje czasownika,
by istnieć
I nagle, bo od zawsze, z dawien dawna
przestajesz przepraszać
przestajesz przepraszać –
będziesz przepraszać swą cierpliwą naturą
za swoje
i za moje istnienie
płakać będziem
będziem biadać
utajenie

Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena