Zazwyczaj
Nie mam w zwyczaju siedzieć bezczynnie. Zazwyczaj czytam.
Kinga, Bukowskiego, Prousta.
Wiem...
Ta cholerna rozrzutność przeklętej literatury.
Zdarza mi się, że piszę wiersze.
Zazwyczaj noszę je w kieszeniach, zapisane na kartach szpitalnych moich pacjentów.
Spoglądam ukradkiem na moją żonę.
Jak pięknie się starzeje. Bezobjawowo. Wciąż ma ten sam uśmiech, te same oczy i pokłady niewyczerpalnej do mnie cierpliwości.
Popijając mrożoną kawę, wyobrażam sobie, że mógłbym wyprowadzać modlitwy na zielone łąki, ale...
Bukowski nie żyje. Sted popełnił samobójstwo. Truman Capote zachlał się na śmierć.
Każdy poeta umiera. Umiera powoli. Słowo po słowie.
Miłość, ból, oczekiwanie, śmierć, wybawienie.
Obstawiam w myślach wyniki meczów żużlowych.
Zazwyczaj trafiam. Kwestia tylko w jakim rozmiarze wygrana lub przegrana.
Myślę, że za dużo we mnie rezygnacji. Za dużo poetów wyklętych i słów dawno już zapomnianych. Za dużo wymówek i koszmarów sennych. Za szybkie tempo życia.
Wtedy siadam na pustym balkonie. Żona już śpi.
Jestem sam na sam ze światem, fabryką małp, myślą, która w oknie kołysze się niczym pióro kolibra na wietrze.
Jak zatem wytłumaczyć, że ci trzej śpią pod krzyżem do dziś?
Kuśtykam niepewnie do kolejnego dnia.
Zlizuję promienie słońca w nadziei, że wzejdzie jutro nad umęczoną duszą.
Do drzwi puka listonosz.
Przyniósł wezwanie od komornika. Znów nie wysłałem przelewu za marzenia. Mógłby przynieść listy z piekła. Kto wie, może doczytałbym do końca?
Zazwyczaj martwię się o pieniądze na czynsz, prąd i gaz. Zastanawiam się czy wystarczy na kawę, papierosy i kupon Lotto.
Nie martwi mnie Beethoven, Strauss, Clayderman. Oni nie palili cienkich Rothmansów.
Moje myśli plądrują mózg, zanim ten zdąży uderzyć w klawiaturę.
Jestem stary. Kocham swoją Żonę, Mamę i cały ten pokręcony świat.
Kinga, Bukowskiego, Prousta.
Wiem...
Ta cholerna rozrzutność przeklętej literatury.
Zdarza mi się, że piszę wiersze.
Zazwyczaj noszę je w kieszeniach, zapisane na kartach szpitalnych moich pacjentów.
Spoglądam ukradkiem na moją żonę.
Jak pięknie się starzeje. Bezobjawowo. Wciąż ma ten sam uśmiech, te same oczy i pokłady niewyczerpalnej do mnie cierpliwości.
Popijając mrożoną kawę, wyobrażam sobie, że mógłbym wyprowadzać modlitwy na zielone łąki, ale...
Bukowski nie żyje. Sted popełnił samobójstwo. Truman Capote zachlał się na śmierć.
Każdy poeta umiera. Umiera powoli. Słowo po słowie.
Miłość, ból, oczekiwanie, śmierć, wybawienie.
Obstawiam w myślach wyniki meczów żużlowych.
Zazwyczaj trafiam. Kwestia tylko w jakim rozmiarze wygrana lub przegrana.
Myślę, że za dużo we mnie rezygnacji. Za dużo poetów wyklętych i słów dawno już zapomnianych. Za dużo wymówek i koszmarów sennych. Za szybkie tempo życia.
Wtedy siadam na pustym balkonie. Żona już śpi.
Jestem sam na sam ze światem, fabryką małp, myślą, która w oknie kołysze się niczym pióro kolibra na wietrze.
Jak zatem wytłumaczyć, że ci trzej śpią pod krzyżem do dziś?
Kuśtykam niepewnie do kolejnego dnia.
Zlizuję promienie słońca w nadziei, że wzejdzie jutro nad umęczoną duszą.
Do drzwi puka listonosz.
Przyniósł wezwanie od komornika. Znów nie wysłałem przelewu za marzenia. Mógłby przynieść listy z piekła. Kto wie, może doczytałbym do końca?
Zazwyczaj martwię się o pieniądze na czynsz, prąd i gaz. Zastanawiam się czy wystarczy na kawę, papierosy i kupon Lotto.
Nie martwi mnie Beethoven, Strauss, Clayderman. Oni nie palili cienkich Rothmansów.
Moje myśli plądrują mózg, zanim ten zdąży uderzyć w klawiaturę.
Jestem stary. Kocham swoją Żonę, Mamę i cały ten pokręcony świat.

Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena