Opowieść Jutra
Drugi wyraz opuścił łajbę mego języka.
Będziemy sądzić Parysa w szyku liter
ustawionych na wspak –
rozchodźmy się i odnajdźmy się!
Degraduję oficerów z trofeami Myśliwych na śniegu,
trzeba ogłosić, że wkradł się żal doskonały:
Poznałeś mnie jawnie, dlatego wiesz,
że posiadam prywatne siły zbrojne
To skamieniałość, nasycenie,
twoja droga naszej wspólnej karmy.
Agituję herezją, to, że w ogrodach,
których pochowałem pamięć
będzie manufaktura zapierających
dech w piersiach momentów liczonych knockdownem –
nasza kraina zakorzeni się piosenką
nie wiadomo czyjego dzieciństwa.
Czekałem wiekowej Pani, która
mogłaby odwiedzić moje Miasto,
żebym nie musiał nieść Go
z kluczami złotemi na barkach
całą wieczność, która śpiewa z nami
daleko hen oportunistyczny hymn,
widziałem Taras kawiarni w nocy
i Wyspy (nie)szczęśliwe
coraz mniej wyraźne, chyba ich pył
zmyła ulewa, a sławę zabrało morze
I w pasji tez rzuconych w przepaść
refundacją leku za bilans czerni
będzie cymbał brzmiał jak psalm
z odwiecznym prawidłem jak palimpsest,
którego wolą
(i pierwsi ludzie), których obrona
etyczna nienaganna a papier ów przyjmie
bo kiedy wieje wiatr, to skarga
bo kiedy szept aniołów, to lament
bandyci od historii
uwiązałem ich
na łańcuchu jak żywioły wszystkie
(nie czytają psalmów),
i bardziej leją się te łzy czyste, rzęsiste...
Teraz me okno wietrzy pokój ducha
pali się lampą naftową,
oby nie zgasło w molowej tonacji
weto spisanych bukolik jutra
Będziemy sądzić Parysa w szyku liter
ustawionych na wspak –
rozchodźmy się i odnajdźmy się!
Degraduję oficerów z trofeami Myśliwych na śniegu,
trzeba ogłosić, że wkradł się żal doskonały:
Poznałeś mnie jawnie, dlatego wiesz,
że posiadam prywatne siły zbrojne
To skamieniałość, nasycenie,
twoja droga naszej wspólnej karmy.
Agituję herezją, to, że w ogrodach,
których pochowałem pamięć
będzie manufaktura zapierających
dech w piersiach momentów liczonych knockdownem –
nasza kraina zakorzeni się piosenką
nie wiadomo czyjego dzieciństwa.
Czekałem wiekowej Pani, która
mogłaby odwiedzić moje Miasto,
żebym nie musiał nieść Go
z kluczami złotemi na barkach
całą wieczność, która śpiewa z nami
daleko hen oportunistyczny hymn,
widziałem Taras kawiarni w nocy
i Wyspy (nie)szczęśliwe
coraz mniej wyraźne, chyba ich pył
zmyła ulewa, a sławę zabrało morze
I w pasji tez rzuconych w przepaść
refundacją leku za bilans czerni
będzie cymbał brzmiał jak psalm
z odwiecznym prawidłem jak palimpsest,
którego wolą
(i pierwsi ludzie), których obrona
etyczna nienaganna a papier ów przyjmie
bo kiedy wieje wiatr, to skarga
bo kiedy szept aniołów, to lament
bandyci od historii
uwiązałem ich
na łańcuchu jak żywioły wszystkie
(nie czytają psalmów),
i bardziej leją się te łzy czyste, rzęsiste...
Teraz me okno wietrzy pokój ducha
pali się lampą naftową,
oby nie zgasło w molowej tonacji
weto spisanych bukolik jutra
Wersje wiersza

Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena