Ciemność
Mam w sobie ciemność. Wyczuwam ją mocno i wyraziście, zwłaszcza kiedy tęsknię. Ona wtedy nabiera objętości. Wypełnia moje trzewia i płynie arteriami. Przemieszcza się w stronę serca, które wciąż bije dla ciebie.
Moja miłość, moja miłość!
Zapalam lampkę nad łóżkiem, by cień się zmaterializował. Widzę twoją twarz, lecz ciało masz wciąż pogrążone w ciemności.
Płyniesz we mnie. Wykrztusiłem z siebie twoje imię. Stanęłaś przy łóżku, prosząc bym cię objął.
Ciszę przerwał mój jęk, gdy twoje paznokcie zagłębiały się w moją skórę, po której płynęła czarna krew. Czarna krew i ciemność idą w parze, zwłaszcza gdy tęsknię.
Nie przestajesz ozrywać mojej skóry. Gorące źródło życia, spływa na podłogę,
znacząc ślad mojej w tobie bytności.
Szepnęłaś: “Nie przerywaj, nie kończ się we mnie”
Przygryzłaś moją wargę z których trysnęła czarna krew i wtedy
dostrzegłem, że na biodrach miałaś szeroki pas, przy którym wisiała klatka ze złotym kolibrem. Miał złamane skrzydło. Czułem jego ból.
Ja byłem nim a on mną.
Staliśmy nadzy w sobie, dla siebie stworzeni. Objęliśmy się.
Skrzydło kolibra poczęło się zrastać
i nagle oderwaliśmy się od ziemi.
Wiatr wiał północny a my wirowaliśmy
wokół siebie, gdy na nasze głowy
spadły wianki z liści pomarańczy.
Ja w Tobie, Ty we mnie.
Pauza.
Znów zabieram się do pisania.
Kałamarz jeszcze nie wysechł, pióro ocieka atramentem.
Na białej kartce rodzą się litery,
słowa, wiersze.
Zamykam oczy.
Stary zegar po babci,
odlicza każdą sekundę życia.
Tik, tak. Tik, tak.
Wędrujesz w stronę mojego mózgu,
zasiedlasz go. Meblujesz po swojemu.
Czy oponuję?
A jest sens,
skoro pragnę tego bardziej niż wczoraj?
Moja miłość, moja miłość!
Zapalam lampkę nad łóżkiem, by cień się zmaterializował. Widzę twoją twarz, lecz ciało masz wciąż pogrążone w ciemności.
Płyniesz we mnie. Wykrztusiłem z siebie twoje imię. Stanęłaś przy łóżku, prosząc bym cię objął.
Ciszę przerwał mój jęk, gdy twoje paznokcie zagłębiały się w moją skórę, po której płynęła czarna krew. Czarna krew i ciemność idą w parze, zwłaszcza gdy tęsknię.
Nie przestajesz ozrywać mojej skóry. Gorące źródło życia, spływa na podłogę,
znacząc ślad mojej w tobie bytności.
Szepnęłaś: “Nie przerywaj, nie kończ się we mnie”
Przygryzłaś moją wargę z których trysnęła czarna krew i wtedy
dostrzegłem, że na biodrach miałaś szeroki pas, przy którym wisiała klatka ze złotym kolibrem. Miał złamane skrzydło. Czułem jego ból.
Ja byłem nim a on mną.
Staliśmy nadzy w sobie, dla siebie stworzeni. Objęliśmy się.
Skrzydło kolibra poczęło się zrastać
i nagle oderwaliśmy się od ziemi.
Wiatr wiał północny a my wirowaliśmy
wokół siebie, gdy na nasze głowy
spadły wianki z liści pomarańczy.
Ja w Tobie, Ty we mnie.
Pauza.
Znów zabieram się do pisania.
Kałamarz jeszcze nie wysechł, pióro ocieka atramentem.
Na białej kartce rodzą się litery,
słowa, wiersze.
Zamykam oczy.
Stary zegar po babci,
odlicza każdą sekundę życia.
Tik, tak. Tik, tak.
Wędrujesz w stronę mojego mózgu,
zasiedlasz go. Meblujesz po swojemu.
Czy oponuję?
A jest sens,
skoro pragnę tego bardziej niż wczoraj?

Moja ocena
Moja ocena