Cogito ergo sum
Na moim łóżku zimnym i nagim, odbijają się światła samochodów i zatrzymują się u mojego wezgłowia. Jakiś chory cieśla tłucze w nocy młotkiem po bezdomnych dachach.
Zmęczone anioły zstąpiły na ziemię. Może pod moim łóżkiem zaznają trochę spokoju.
Zaparzyłem sobie tykwę Yerba mate, wyszedłem na balkon i zapaliłem papierosa.
Wciąż jeszcze senna i utkana z kamieni ulica, rozłożyła przede mną ciszę, jak rasowy pokerzysta swoje karty.
Cisza w której trwały budynki, nocne latarnie i cierpliwość ćmy pragnącej spłonąć w ogniu. Była też ze mną czysta kopuła zimowego nieba.
Noc, która jeszcze nie umarła, nakazała wrócić do łóżka po śladach wczorajszych łez. Tak...płakałem.
Zadziwiające jakie rzeczy potrafią wyrosnąć pod powiekami. A ty marny człowieku, wraz z historią swoich poranków znów jesteś nieprzejednany.
Zmęczone anioły zstąpiły na ziemię. Może pod moim łóżkiem zaznają trochę spokoju.
Zaparzyłem sobie tykwę Yerba mate, wyszedłem na balkon i zapaliłem papierosa.
Wciąż jeszcze senna i utkana z kamieni ulica, rozłożyła przede mną ciszę, jak rasowy pokerzysta swoje karty.
Cisza w której trwały budynki, nocne latarnie i cierpliwość ćmy pragnącej spłonąć w ogniu. Była też ze mną czysta kopuła zimowego nieba.
Noc, która jeszcze nie umarła, nakazała wrócić do łóżka po śladach wczorajszych łez. Tak...płakałem.
Zadziwiające jakie rzeczy potrafią wyrosnąć pod powiekami. A ty marny człowieku, wraz z historią swoich poranków znów jesteś nieprzejednany.

Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena