Nie zamykaj moich oczu
sen jakby nieświadomy
wypełniam nim moją anatomię
w dłoni trzymam piasek z klepsydry
i słucham skrzypiącej podłogi
nie chcę jeszcze zamykać oczu
klęczeć w konfesjonale
wznosić się nad powierzchnię
mojej w tobie obecności
odwiedzasz mnie bez kokejki
jak patronka niemych ust
tu nikt nie zapyta cię o drogę
jeszcze jej nie położono
wychodzę na balkon
opieram się o ciebie
opieram się wszelkim objawom
konsekwencjonizmu
obserwuję koszmary
sączące się w okna
pustych domów
leczę się z objawów deontologii
i znów rosnę w wyrzeczeniach
samego siebie
które uważam za akty zbyt pochopne
nie zaczytuję się w sobie
chociaż pocieram niecierpliwie kartki
ckliwych historii o życiu
czterdziestosiedmioletniego faceta
który brzydzi się spowiedzi
nie potrzebuję rozgrzeszenia
z obojętności dla przydrożnych kapliczek
nie ma w nich Boga
chociaż Frasobliwy twierdzi że jest
pachnący naftaliną i zawiedziony mną
nikt nie jest doskonały
ideał sięgnął bruku
śpi w szparach chodników
więc jeśli możesz
wypij moje lęki
rozgnieć węgiel którym pomalowałem
nasze niebo
obróćmy w dłoni złoty pieniądz
reszka niech będzie moją chorobą
a orzeł rozpostrze skrzydła
wiatr zagra mi w płucach
ukołysz mnie ale nie zamykaj moich oczu
wypełniam nim moją anatomię
w dłoni trzymam piasek z klepsydry
i słucham skrzypiącej podłogi
nie chcę jeszcze zamykać oczu
klęczeć w konfesjonale
wznosić się nad powierzchnię
mojej w tobie obecności
odwiedzasz mnie bez kokejki
jak patronka niemych ust
tu nikt nie zapyta cię o drogę
jeszcze jej nie położono
wychodzę na balkon
opieram się o ciebie
opieram się wszelkim objawom
konsekwencjonizmu
obserwuję koszmary
sączące się w okna
pustych domów
leczę się z objawów deontologii
i znów rosnę w wyrzeczeniach
samego siebie
które uważam za akty zbyt pochopne
nie zaczytuję się w sobie
chociaż pocieram niecierpliwie kartki
ckliwych historii o życiu
czterdziestosiedmioletniego faceta
który brzydzi się spowiedzi
nie potrzebuję rozgrzeszenia
z obojętności dla przydrożnych kapliczek
nie ma w nich Boga
chociaż Frasobliwy twierdzi że jest
pachnący naftaliną i zawiedziony mną
nikt nie jest doskonały
ideał sięgnął bruku
śpi w szparach chodników
więc jeśli możesz
wypij moje lęki
rozgnieć węgiel którym pomalowałem
nasze niebo
obróćmy w dłoni złoty pieniądz
reszka niech będzie moją chorobą
a orzeł rozpostrze skrzydła
wiatr zagra mi w płucach
ukołysz mnie ale nie zamykaj moich oczu

Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena
Moja ocena