Chore dumki - część 2

Autore:  Tomasz Nowacki
5.0/5 | 2


................. Rozdział 1.........................

Jak daleko sięgam


Na początku była dziura w rybie. Dziura rosła, dłubana widelcem z bukszpanową rączką. Ani widelec, ani ryba, ani większość rzeczy nie nazywały się jeszcze, choć były wyraźnie odczuwalne zmysłami. Widelec szczerzył swoje stalowe szpony. Ryba na nim trąciła starą, otłuszczoną istoto-kobietą, pochyloną nad lepkim od smalcowo-kurzowej masy, oceratowanym, stołem i jak owa istoto-kobieta, także mocno kulejącym. Nic nie miało wtedy jeszcze nazwy ni imienia, tylko dziura w rybie zawsze była dziurą. Jasne to było od samego początku – ot pierwsze w pełni zdefiniowane wspomnienie.
Zaraz później stał się głos. Głos brzmiał ochryple nad dziurą w rybie, niepokoił i drażnił wibrującym metalicznie zardzewiałym zgrzyto-skrzekiem, wydobywał się z otchłani obcej istoto-kobiety podłączonej przegubem do tłustego ramienia – ramienia zakończonego pulchną dłonią w brudnych paluchach dzierżącą widelec. Ramię złowróżbnie krążyło w bliskości postrzegania, zupełnie, jakby chciało wydłubać oczy.
Niebezpieczeństwo czaiło się, skradało, by znienacka, zdradliwie wedrzeć się przez gębę do trzewi, by zgwałcić brutalnie pozostałe zmysły.
- No-na-jec, nooo-na-jec, noo- naaa-jec, noo!!! – dźwięczało echem studni natarczywie i jednostajnie, odzierało bezwstydnie błogą choć cuchnącą rybą ciszę z cnoty, zapraszało do dotknięcia, posmakowania i poczucia. Wzbudzało obrzydzenie i pierwsze zapamiętane odruchy wymiotne.
Z czubka widelca wyzierał ogromny, ościsty i kłujący bielą kawałek ryby z dziury.

.............

Pojął wreszcie, że głos, ruch ręki i zapach istoto-kobiety każą mu to w siebie wchłonąć. Zrozumiał, że to jego własne odczucia i że nic nie może zapobiec tragedii.
Pojął, że on to ja.

.............

Połknąłem ów kawałek dziury.

I stała się światłość, albowiem poznałem swe imię:

NO-NA-JEC.

W dość spory czas później, gdy zmysły chwytały i czas, i przestrzeń pospołu, skonstatowałem, że kobieta jest nianią i że nazywać ją trzeba „babciaponcz” (a w zasadzie nawet bardziej nosowo, bo „-pącz”) i której zajęcza warga, grzybica migdałków oraz chroniczne zapalenie odbytu uniemożliwiają orację bez seplenienia i puszczania gazów.
Odkryłem też, że mimo nawoływań głosu: „NO-NA-JEC” sam jestem zwykłym Gieniem – Eugeniuszem Cackiewiczem obcującym z – i czującym swą nianię każdym niemal zmysłem (a powonieniem zwłaszcza).
Znienawidziłem ryby.
Instynkt podpowiedział mi, że to co czuję w stosunku do niani, to dokładnie to samo.
Polubiłem za to jak się nazywam. Moje imię i nazwisko nie brzmią co prawda jak „Bond-(przerwa)-Dżejms-Bond” ani nawet jak Kazimierz Przerwa Tetmajer, ale do kupy też wymawiają się całkiem nieźle. Obaj – Bond i Tetmajer byli przecież na swój sposób buntownikami. I to mnie z nimi łączyło. Bunt. Nigdy więcej smaku mintajów i karpi, nigdy więcej woni tranu, śledzi, ości, łusek czy chrupiących płetw. Nigdy widoku starego przepoconego babsztyla. Nie będę słuchał, patrzył na nią. Postanowiłem, że sprzeciwię się jej woli i znalazłem pasję w realizacji sprzeciwu – w niedojadaniu ryb, unikaniu spożycia takowych w ogóle, wywalaniu za kanapę, chowaniu po kątach, zakopywaniu w doniczkach, truciu nimi kota, wreszcie we wkurzaniu pokazywaniem i niedawaniem jej ukochanemu kundlowi na łańcuchu. (łańcuch ma, he, he , określoną długość, a cierpienie dzielone na pół jest prawie radością, radość przyczynkiem dla pasji, ta zaś wyznacza przecież cel w życiu!) Najczęściej jednak wypluwałem całe to paskudztwo do muszli klozetowej, przemycając w ustach ilości godne chomika giganta z Czarnobylskiej elektrowni jądrowej.
Oczywiście pasję głęboko skrywałem, zwłaszcza przed babcią Pącz, która z racji przewagi fizycznej i ogólnego przekonania, że mały dzieciak rozumu i woli ma mniej niż świnka morska, wpychała mi do ust coraz większe porcje ryb, a do głowy własną wolę i filozofię życia.
I tak oto z przymusu ryby towarzyszyły mi prawie wszędzie, trzymane za ogon lub za łeb, ściskane ociekającymi tranem łapskami za płetwy i na wpół obgryzione kręgosłupy. Wędzone makrele czy błękitki (z dozwoloną według Polskiej Normy ilością żywych larw musca domestica w 1cm sześciennym masy mięsnej), ryby smażone, filety z puszki lub na koniec surowe solone śledzie zżerać byłem zmuszany wszystkie i przy każdej nadarzającej się okazji. Otrzymywałem je za karę albo w nagrodę, wcinałem za zdrowie babć, ciotek, rodziców i w celu utrzymania tzw. poprawnej kondycji psychofizycznej, międliłem w zębach w ramach pokuty za grzechy byłe i – prewencyjnie - za te być zamierzające, modliłem się nad nimi za Jasnogórską Panienkę i kontemplowałem ku chwale Ojczyzny Ludowej.
Oczywiście wspinałem się także w miarę moich skromnych możliwości na szczyty sabotażu wspomniane już wcześniej.
Dlatego często jadałem pod nadzorem – wtedy nie było przebacz. Jam oto rycerz cwałujący poprzez dywanowy step na koniu na biegunach (w jednej ręce dzierżę plastikowy miecz, a w drugiej tarczę z flądry).
Tymczasem ryb spożycia nianiostróż, babcia Pącz, kiwając się na trójnogim drewnianym zydelku snuła kolorowe bajki i morskie opowieści, które na zawsze odcisnęły swe piętno w moich wspomnieniach. I to chyba było gorsze niż swąd, którym przesiąkłem do szpiku ości.


..............

Ciąg dalszy (być może) nastąpi.......



 
COMMENTI


My rating

bomba.Czekam na ciag dalszy z niecierpliwością.
I miei voti:  
21.01.2011,  kate

@LilithMaggid

Dzięks. To może jeszcze posnuję :)