Ileż to razy
Ileż to razy
Ileż to jeszcze ludu w stronę dobra
błądzić będzie, by stać się człowiekiem
(popioły pradziadów, wydeptane ich ścieżki
poznały nasze nogi)
i liście pożółkłe upadły na ich miedzę,
stare bruki martwe krwawią deszczem,
jak nasze dziady iść będziem pod milczące obłoki, ucichły gardła co krzykiem gdzieniegdzie prawdy się domagają jak wody, zaschnięte ich struny jak pustynne piachy
Kaleczą gwoździe Judasze pod stopami, a miały być to słowa co prowadzić powinny, pragną ciał gnijącej sterty jak na rzeźni obdartych z kości, chcąc nam wypruć flaki
nim dojdziemy prawdy
Ileż to razy nocą bezsenność w oknach patrzy i klęczy samotnie zapatrzona w księżyc a lunatycy ciężki oddech w płucach, błądzą w nocnej czerni co wżerała się w rozum, ciężka głowa ranem pęka,
brzask poranka, ileż to klęka nad wylanym mlekiem, kolanami na szkle rozbitej psychiki
Ileż to nocą okien obcych, firan odsłoniętych
w miastach nam odległych, w nich pogardy ileż do spokojnie śpiących, ileż dachowych kotów przemieszcza się niezauważonych,
milczą gdzieś usta widząc krzywdę innych
zaszyte strachem przed kulą w łeb
choć z kości wypruty szpik, w żyłach krzyk
bulgocze jucha a w czaszce umiera rozsądek
Na dnie gnije rozpacz ucichła
kości łamie jak chrust leśnej ściółki
znów będą noce w domu obok lub ulice dalej
bez snu w płaszczu czerni, bezsenne posągi w oknach niczym trupy
zostaną oczy czerwienią wyłuskane
diamenty
i ciało ledwo żyjące, gnijące od środka
- Płacząca wierzba
© ® obert Ratajczak- Moje wiersze
Ileż to jeszcze ludu w stronę dobra
błądzić będzie, by stać się człowiekiem
(popioły pradziadów, wydeptane ich ścieżki
poznały nasze nogi)
i liście pożółkłe upadły na ich miedzę,
stare bruki martwe krwawią deszczem,
jak nasze dziady iść będziem pod milczące obłoki, ucichły gardła co krzykiem gdzieniegdzie prawdy się domagają jak wody, zaschnięte ich struny jak pustynne piachy
Kaleczą gwoździe Judasze pod stopami, a miały być to słowa co prowadzić powinny, pragną ciał gnijącej sterty jak na rzeźni obdartych z kości, chcąc nam wypruć flaki
nim dojdziemy prawdy
Ileż to razy nocą bezsenność w oknach patrzy i klęczy samotnie zapatrzona w księżyc a lunatycy ciężki oddech w płucach, błądzą w nocnej czerni co wżerała się w rozum, ciężka głowa ranem pęka,
brzask poranka, ileż to klęka nad wylanym mlekiem, kolanami na szkle rozbitej psychiki
Ileż to nocą okien obcych, firan odsłoniętych
w miastach nam odległych, w nich pogardy ileż do spokojnie śpiących, ileż dachowych kotów przemieszcza się niezauważonych,
milczą gdzieś usta widząc krzywdę innych
zaszyte strachem przed kulą w łeb
choć z kości wypruty szpik, w żyłach krzyk
bulgocze jucha a w czaszce umiera rozsądek
Na dnie gnije rozpacz ucichła
kości łamie jak chrust leśnej ściółki
znów będą noce w domu obok lub ulice dalej
bez snu w płaszczu czerni, bezsenne posągi w oknach niczym trupy
zostaną oczy czerwienią wyłuskane
diamenty
i ciało ledwo żyjące, gnijące od środka
- Płacząca wierzba
© ® obert Ratajczak- Moje wiersze

My rating
My rating
My rating