Starzec.

author:  Gladius
5.0/5 | 5


Dzień spływał zmierzchem. Słońce delikatnie zmieniło barwę z intensywnego złota na lekką purpurę. Lekkie podmuchy wiatru łagodziły ustępujący dopiero z wolna gorąc. Jedna z niewielu chwil kiedy człowiek zaczyna strząsać z siebie codzienność. Gdy już nie musi się spieszyć,ale wytraca pęd spowodowany codziennością. Oddycha spokojniej,dostrzega więcej i zaczyna się cieszyć tym co widzi,nieco zadziwiony,że nie dostrzegał tego wcześniej. Albo,ze takie cuda są w zasięgu wzroku...ot zwykła ślepota powszedności.
Miasto trochę zaczynało cichnąć,jakby spływało na nie zmęczenie. Jeszcze pulsujące,ale ze wskazaniem na uspokojenie tegoż pulsu. Jeszcze drżące,ale jakby coraz mniej podatne na bodźce. Ulice zaczynały wreszcie uzyskiwać przepustowość,jak żyły,które po długim czasie niedrożności nagle stają się otwarte na wskroś. Ten czas lubię najbardziej. Spokój zaczyna emanować zewsząd. Zdaje się,że nawet rozgrzane budynki otwierając oczy swych okien,przepraszają za to,że przez cały dzień były zaabsorbowane codziennością,zamknięte i niedostępne. Najpiękniej to wygląda wtedy gdy opadające słońce nie ma w czym się odbijać i purpurowymi promieniami przenikać się wydaje wszystko na przestrzał. To cudowne chwile tak nietuzinkowe,że zawsze wprawiają mnie w zachwyt,a może nawet w osłupienie. Zatrzymuje mnie ten spokój,porywa i pozostawia w braku słów,chłonięciu obrazów,które maluje przed oczyma.
Mam takie miejsce od lat,które mnie tym spokojem i klimatem uwodzi nieodmiennie. Niektórzy twierdzą,że jestem monotematyczny,że się nie rozwijam,bo nieodmiennie chodzę w te same miejsca. Ale to przecież moje miejsca. Nie potrzebuję innych miejsc bo tutaj najpełniej doświadczam magii. Nie potrzebuję szalonych wojaży,odnotowywania,że gdzieś byłem. Potrzebuję zaś jak powietrza przytulić się do trzynastowiecznych murów,opuszkami palców dotknąć ich chropowatości,przesiąknąć nimi. To uczucie nie ma sobie równego.Jest jak zawieszenie pomiędzy wiekami. Czasem,aż widzę gdzieś niezdefiniowanego gdzie,krzyżackiego komtura,przemierzającego na czarnym koniu staromiejski rynek. Słyszę szczęk oręża i stukot podkutych koni. Krzyk ginących i zdobywających. Przekleństwa i śpiewy. Tryumf i porażkę. Zanurzam się w tym magicznym przeniesieniu. Podobno wtedy trudno się ze mną porozumieć. Nie przeczę,że tak może być. W końcu to moje magiczne spacery,czas kiedy jestem na tym łez padole,ale tylko ciałem. Można mnie zobaczyć,ale nie można przeniknąć. Wówczas jestem najprawdziwszym cieniem.
Ten spacer jak zawsze miał jeden punkt stały. Siadałem zawsze na ławce na Bulwarze. Tyłem do rzeki,twarzą do majestatycznie strzelającej w niebo Katedry. Tym razem było tak samo. Gasnące słońce przytulało się promieniami do smukłej wieży i zdawało się spływać w dół. Skądś dobiegała muzyka,rzewna i tęskna. Pewnie z zacumowanego przy nabrzeżu statku. Ale to nie miało znaczenia. Nie teraz i nie tutaj.Na wszelki wypadek wyciszyłem telefony. Kto będzie chciał mnie znaleźć,wie gdzie szukać,a innym pewnie nie będę potrzebny.Chłonąłem każdy szczegół obrazu,który rozpościerał się przed moimi oczyma. Słyszałem szum wody z podświetlanej opodal fontanny,gwar rozemocjonowanych dzieci. Ale docierało to do mnie mimowolnie,jak odgłosy tła.
Kompozycja.Ważna,ale nie najistotniejsza. Przymknąłem oczy. Już miałem je nasycone obrazami,mogłem pozwolić im odpocząć,choć na chwilę przymknąć powieki.Przez choćby chwilę wyzwolić się z tego cichnącego zgiełku,zapomnieć o nim,a może od niego po prostu uciec? W końcu to co najbardziej mnie pęta to przyziemność. Takie ucieczki są wskazane,a nawet nieuniknione. To prawdziwa wolność. Niepodatna na schematy,oczekiwania,czy konwenanse. Prawdziwa bo moja.
Nie wiem,czy zdrzemnąłem się,czy może po prostu orbitowałem gdzieś w okolicach księżyca. Z tego stanu wyrwał mnie starszy mężczyzna. Usiadł ciężko na brzegu ławki,jakby nieśmiało. Oparty o laskę,w kapeluszu z zadumanym wzrokiem wpatrzony w Katedrę. Oddychał spokojnie,ale jakby z jakąś obawą. Niepewnością...
"Boję się" powiedział nawet na mnie nie patrząc. Wzrok miał wciąż utkwiony w murach Katedry.
"Nie ma czego" rzuciłem cicho "Naprawdę nie ma czego"
Spojrzał na mnie wreszcie odrywając wzrok od Katedry. Lustrował mnie badawczo,jakby próbował przekonać się,czy wiem o czym mówię.
"Ty się nie boisz? "spytał właściwie stwierdzając. Popatrzyłem mu w oczy. Miał zmęczone i smutne. Pełne żalu.
"Ona nie powinna wzbudzać strachu" powiedziałem. "Wszystko,ale nie ona" Starszy człowiek teraz prawie obrócił się w moją stronę. Coś na kształt niedowierzania przemknęło w jego oczach i zgasło. "Możesz tak mówić bo jesteś młody" rzucił lekceważąco.
"Nie znasz dnia,ani godziny" uśmiechnąłem się lekko. Kurcze,pomyśli,że spotkał plebana,albo jakiegoś innego w sukience.
"Co przez to rozumiesz?" teraz już mnie świdrował wzrokiem.Ale zauważyłem w jego oczach jakąś zmianę. Nadzieja?
"Dziś jestem,a jutro mnie nie ma" odparłem "Jestem tu przechodniem" dodałem.
Patrzył na mnie przez chwilę,analizował. Zestawiał fakty. "Trafne porównanie" stwierdził. "Jesteś duchownym? " zapytał. No w mordę pomyślałem. Trzeba się chyba w sukienkę ubrać..
"Nie. Kościół ze mną na pokładzie to raczej nie popływałby zbyt długo" odparłem. Teraz był już zaskoczony. "Ateista?" spytał. "Broń Panie Boże" odparłem "Jestem głupi,ale chyba nie,aż tak." Uśmiechnął się. "Pokorny i niegłupi" rzucił. "Co do tego ostatniego spierałbym się zażarcie." odparłem. Wtedy właśnie jego telefon zaczął dzwonić. Nawet nie spojrzał kto dzwoni. Podniósł się ciężko oparł o laskę i spojrzał na mnie. Przeciągle i badawczo. Widziałem jak walczy,żeby nie zadać tego pytania.Ale jego oczy mi powiedziały,że już przegrał tą walkę. Nie czekałem na pytanie bo obaj je znaliśmy. On nie znał tylko odpowiedzi. "Nie boję się jej" powiedziałem "Czasem wręcz na nią czekam,jak na kochankę. Zbyt często się mijaliśmy oboje,abym się jej bał"
Patrzył jeszcze bardziej badawczo na mnie. Ale już nie taksująco,a z pewną sympatią. Kąciki jego ust lekko drżały. "Czego się zatem boisz?" spytał. Popatrzyłem głęboko w jego oczy. Już nie było w nich niepokoju,żalu,czy niepogodzenia. Miał jasny wzrok. Pełen nadziei. "Boję się,że nie zdążę" powiedziałem " I kiedy ona przyjdzie ja nie naprawię wszystkiego co zniszczyłem,nie cofnę słów,które wypowiedziałem w gniewie,nie przytulę tych,którzy mojego przytulenia czekają. Nie wesprę tych,którzy upadają i nie pomogę wstać tym,którzy przeze mnie upadli. Nie okażę tyle miłości ile bym chciał i nie otrę wielu łez,które sprawiłem"
Zamilkłem. Choć przecież było tego więcej do wypowiedzenia. Ale po co? Obaj znaliśmy to uczucie. Nie było sensu tego rozwijać. Starszy mężczyzna popatrzył na mnie już z jawnym rozbawieniem."Zdążysz" powiedział cichym,ale pewnym głosem. "Zawsze zdążysz." Teraz to ja byłem w niemałym szoku.Mężczyzna wyciągnął dłoń na pożegnanie. Bez słowa podałem mu swoją. "Muszę iść" powiedział przepraszająco "Ja też muszę zdążyć,a trochę mi jeszcze pozostało do wynagradzania. Bywaj młody człowieku" rzucił na odchodne i zaczął się oddalać. Stałem zamyślony. Odprowadzałem go wzrokiem. Myślałem,czy jeszcze kiedykolwiek natkniemy się na siebie. Szczerze w to wątpiłem. Po kilku chwilach starszy mężczyzna zlał się ze spacerującymi bulwarem ludźmi. Rozpłynął się,wtopił się w tło.Ruszyłem wolnym krokiem w drogę powrotną. Zamyślony i jeszcze bardziej nieobecny niż przedtem. Mijałem spacerujących,trzymających się za ręce zakochanych i nawet jak nigdy nie życzyłem im w duchu szczęścia. Byłem zupełnie wyobcowany. Moje myśli wciąż były przy tym staruszku.
Ocknąłem się gdzieś w okolicach Śródmieścia. Włożyłem rękę do letniej kurtki,chcąc wyjąć telefon i spojrzeć która jest godzina. Ale moje palce oprócz telefonu wyczuły jakiś metal. Wyłuskałem ostrożnie i oniemiałem. W mojej dłoni spoczywał medalik na łańcuszku. Na medaliku była Ona. Królowa Nieba. Inskrypcja delikatnie wygrawerowana na medaliku brzmiała radośnie; "Mater
Misericordiae, Ora Pro Nobis ". Poczułem jak łzy cisną się mi do oczu. Nie wiedząc czemu. Spojrzałem w niebo. Bez słowa. "Dziękuję Matko",pomyślałem ściskając w dłoni medalik.


Nie spotkałem już nigdy więcej tego mężczyzny. Mimo,że wbrew wszystkiemu miałem nadzieję,że go spotkam. Często siadam na tej samej ławce,jakbym czekał,że się przysiądzie.Znów natchnie mnie nadzieją i wiara. Pozwoli ufać. Nie przysiada się,zniknął. Pomyślałem kiedyś, kim był... Może tak jak ja...cieniem...

Andrzej Tomasz Maria Modrzyński
10.03.2017r.



 
COMMENTS


My rating

My rating:  

My rating

My rating:  

My rating

My rating:  
11.03.2017,  mroźny

Moja ocena

Piękna, pouczająca i wzruszająca historia :)
My rating: