.
To dzikie zboże, rozsiane
deliryczną dłonią wiatru
między spokojne morze
traw obcej maści.
Pierwszy kwiat pleśni,
tańczący grzesznie
z ledwie nadgryzionym bochnem
ciśniętym w
kąt ze starchu,
że jeszcze wcześnie
głód to tylko,
dowód dochowanego dziewictwa.
Wcześnie by wierzyć,
że wzejdzie słońce,
pod skórę.
I będzie.
Miast pajęczyny krwi,
płótno
światła, świata
trampolina opleciona skórą.
Nie.
Warte wiary,
gdy sufit niby cień
Słońca zjeżdża w dół
na linach Twoich włosów,
daremny wysiłek wstawania
z kolan musi Ci być
jak cykliczny seans.
Nudna
powtórka z próżności.
Ty, kroczysz
pewnie przez
gąszcz żywych jescze trumien,
niby ogrodnik,
wczesnej wiosny wśród
niepewnych swej rychłej przyszłości
niestosownie bladych pąków.
Tak To,
właśnie widzę,
gdy kurtyna zjeżdża w dół,
a publicznośc już dawno,
na zewnątrz.
deliryczną dłonią wiatru
między spokojne morze
traw obcej maści.
Pierwszy kwiat pleśni,
tańczący grzesznie
z ledwie nadgryzionym bochnem
ciśniętym w
kąt ze starchu,
że jeszcze wcześnie
głód to tylko,
dowód dochowanego dziewictwa.
Wcześnie by wierzyć,
że wzejdzie słońce,
pod skórę.
I będzie.
Miast pajęczyny krwi,
płótno
światła, świata
trampolina opleciona skórą.
Nie.
Warte wiary,
gdy sufit niby cień
Słońca zjeżdża w dół
na linach Twoich włosów,
daremny wysiłek wstawania
z kolan musi Ci być
jak cykliczny seans.
Nudna
powtórka z próżności.
Ty, kroczysz
pewnie przez
gąszcz żywych jescze trumien,
niby ogrodnik,
wczesnej wiosny wśród
niepewnych swej rychłej przyszłości
niestosownie bladych pąków.
Tak To,
właśnie widzę,
gdy kurtyna zjeżdża w dół,
a publicznośc już dawno,
na zewnątrz.

My rating
My rating
My rating