.

author:  9MK5
5.0/5 | 3


To dzikie zboże, rozsiane
deliryczną dłonią wiatru
między spokojne morze
traw obcej maści.

Pierwszy kwiat pleśni,
tańczący grzesznie
z ledwie nadgryzionym bochnem
ciśniętym w
kąt ze starchu,
że jeszcze wcześnie
głód to tylko,
dowód dochowanego dziewictwa.

Wcześnie by wierzyć,
że wzejdzie słońce,
pod skórę.
I będzie.
Miast pajęczyny krwi,
płótno
światła, świata
trampolina opleciona skórą.

Nie.
Warte wiary,
gdy sufit niby cień
Słońca zjeżdża w dół
na linach Twoich włosów,
daremny wysiłek wstawania
z kolan musi Ci być
jak cykliczny seans.
Nudna
powtórka z próżności.

Ty, kroczysz
pewnie przez
gąszcz żywych jescze trumien,
niby ogrodnik,
wczesnej wiosny wśród
niepewnych swej rychłej przyszłości
niestosownie bladych pąków.

Tak To,
właśnie widzę,
gdy kurtyna zjeżdża w dół,
a publicznośc już dawno,
na zewnątrz.

Poem versions


 
COMMENTS


My rating

My rating:  

My rating

My rating:  
13.11.2016,  Arkadio

My rating

My rating: