Tęsknię.
Tęsknię za Tobą.
Tęsknię za Tobą każdą komórką mojego ciała, każdym słowem, które wypowiadam, każdym dźwiękiem, który spływa spod moich palców. Tęsknię nocną ciszą i dziennym gwarem.
Tęsknię za Tobą czytając książki, słuchając muzyki. Pchając wózek w sklepie i krocząc po kolorowych jesiennych liściach w parku. Tęsknię, gdy kruszą się pod moimi stopami, tak jak pomału kruszy się moje serce.
Szukam Cię w twarzach przechodniów, widzę Cię w szybach autobusów, pod moim blokiem, gdy czekasz na mnie tak długo aż wyjdę, by powiedzieć to wszystko, co teraz chciałabym usłyszeć.
Jesteś w każdym wierszu.
Chciałam zamknąć Cię tam szczelnie, słowo po słowie, wers po wersie. Ale czy istnieją takie słowa, które mogłyby mi zwrócić Ciebie?...
Chciałabym ułożyć Cię w najczulszy wiersz, lecz moje słowa pouciekały, są połamane i zepsute. Jestem niema. Słowa jeszcze nigdy nie były tak bezużyteczne. Za każdym razem, gdy próbuję coś z nich ułożyć, rozsypują się jak koraliki z zerwanej bransoletki, tej którą kiedyś miałam na przegubie, gdy gładziłeś moją rękę najdroższym dotykiem.
Zabrałeś słowom ich sens, zdradziłeś je, Kochany. Gdy leżeliśmy wtedy, w Twoim pokoju, ciasno przytuleni, ciało do ciała, atom do atomu, mój Miły, szeptałam Ci jak wiele dla mnie znaczą słowa, jak bardzo potrafią nadać znaczenie mojemu, i tak już pozbawionemu wydźwięku, istnieniu, jak nic innego nie liczy się dla mnie. Prosiłam byś pamiętał, że nie umiem inaczej. Gładziłeś moje włosy, oparłeś brodę na moim ramieniu i w tamtej ciszy przytakiwałeś moim słowom i wyczułam zrozumienie. Och, jak bardzo żałowałam tego wyznania. Chwilę później wszystko mi odebrałeś, przekreśliłeś, zabiłeś zaufanie.
Twoje słowa to lawina kłamstw, Twoje słowa to chłodny cynizm, puste świecidełka bez znaczenia. Od tamtej pory pisanie jest tylko przyzwyczajeniem, bez uczucia. Tak jak chciałeś. W tej kwestii nie czuję już nic. Nawlekam słowa, jak koraliki na tę nieszczęsną bransoletkę, ale wiem, że już nigdy nie będę jej nosić.
Tylko wciąż brakuje mi Ciebie.
Odebrałeś mi słowa, by dać mi łzy. Wypełniają mnie, płyną i płyną strumieniami. Znaczę nimi swoją drogę, tak jak dzieci obsypywały leśne ścieżki okruszkami chleba. Kilometrami, kilometrami. Małe kropki na chodnikach, na ulicach. Zostawiam to miasto w małych śladach po nas. Myślisz, że mogę w nich utonąć?...
Pragnę Ciebie tutaj, ciepła Twojego ciała, oddechu na mojej szyi. Dłoni we włosach, pocałunków na powiekach.
Chciałabym jeszcze jeden, ostatni raz wejść w błękit Twoich oczu, zatonąć w nich, z kamieniami w kieszeniach, poddać się temu prądowi.
Teraz, gdy słowa mówią tak mało, cisza mówi mi wszystko.
Tęsknię za Tobą każdą komórką mojego ciała, każdym słowem, które wypowiadam, każdym dźwiękiem, który spływa spod moich palców. Tęsknię nocną ciszą i dziennym gwarem.
Tęsknię za Tobą czytając książki, słuchając muzyki. Pchając wózek w sklepie i krocząc po kolorowych jesiennych liściach w parku. Tęsknię, gdy kruszą się pod moimi stopami, tak jak pomału kruszy się moje serce.
Szukam Cię w twarzach przechodniów, widzę Cię w szybach autobusów, pod moim blokiem, gdy czekasz na mnie tak długo aż wyjdę, by powiedzieć to wszystko, co teraz chciałabym usłyszeć.
Jesteś w każdym wierszu.
Chciałam zamknąć Cię tam szczelnie, słowo po słowie, wers po wersie. Ale czy istnieją takie słowa, które mogłyby mi zwrócić Ciebie?...
Chciałabym ułożyć Cię w najczulszy wiersz, lecz moje słowa pouciekały, są połamane i zepsute. Jestem niema. Słowa jeszcze nigdy nie były tak bezużyteczne. Za każdym razem, gdy próbuję coś z nich ułożyć, rozsypują się jak koraliki z zerwanej bransoletki, tej którą kiedyś miałam na przegubie, gdy gładziłeś moją rękę najdroższym dotykiem.
Zabrałeś słowom ich sens, zdradziłeś je, Kochany. Gdy leżeliśmy wtedy, w Twoim pokoju, ciasno przytuleni, ciało do ciała, atom do atomu, mój Miły, szeptałam Ci jak wiele dla mnie znaczą słowa, jak bardzo potrafią nadać znaczenie mojemu, i tak już pozbawionemu wydźwięku, istnieniu, jak nic innego nie liczy się dla mnie. Prosiłam byś pamiętał, że nie umiem inaczej. Gładziłeś moje włosy, oparłeś brodę na moim ramieniu i w tamtej ciszy przytakiwałeś moim słowom i wyczułam zrozumienie. Och, jak bardzo żałowałam tego wyznania. Chwilę później wszystko mi odebrałeś, przekreśliłeś, zabiłeś zaufanie.
Twoje słowa to lawina kłamstw, Twoje słowa to chłodny cynizm, puste świecidełka bez znaczenia. Od tamtej pory pisanie jest tylko przyzwyczajeniem, bez uczucia. Tak jak chciałeś. W tej kwestii nie czuję już nic. Nawlekam słowa, jak koraliki na tę nieszczęsną bransoletkę, ale wiem, że już nigdy nie będę jej nosić.
Tylko wciąż brakuje mi Ciebie.
Odebrałeś mi słowa, by dać mi łzy. Wypełniają mnie, płyną i płyną strumieniami. Znaczę nimi swoją drogę, tak jak dzieci obsypywały leśne ścieżki okruszkami chleba. Kilometrami, kilometrami. Małe kropki na chodnikach, na ulicach. Zostawiam to miasto w małych śladach po nas. Myślisz, że mogę w nich utonąć?...
Pragnę Ciebie tutaj, ciepła Twojego ciała, oddechu na mojej szyi. Dłoni we włosach, pocałunków na powiekach.
Chciałabym jeszcze jeden, ostatni raz wejść w błękit Twoich oczu, zatonąć w nich, z kamieniami w kieszeniach, poddać się temu prądowi.
Teraz, gdy słowa mówią tak mało, cisza mówi mi wszystko.

My rating
My rating
My rating
Chyba nowa kategoria...
...listy.My rating
My rating
My rating
My rating