Pogrzeb
Zebraliśmy się wszyscy około południa. Oczywiście nie obyło się bez spóźnień, ale zaskakująco dobrze udało mi się wszystko rozegrać bez zbędnych docinków i przepychanek słownych, bo sama przyjechałam wcześniej, a wkrótce dołączyły do mnie mama i Emily. Tym sposobem sprawnie udało nam się przygotować jedzenie dla znacznej liczby gości. Szczerze mówiąc, zdziwiłam się takim odzewem ze strony zaproszonych. Oczekiwałam, że na moje zaproszenia na imprezę niespodziankę nie zareaguje nawet połowa, zwłaszcza, że rozesłałam je tydzień wcześniej. Cóż, nie obraziłabym się, gdyby tak się stało. Większość z nich wysłałam dla zasady, postarałam się tylko o to, aby osoby, na których mi zależało, na pewno się zjawiły. Mogę tylko liczyć na to, że wśród takiej ilości świadków znajdzie się choć nieznaczny procent tych, którzy mnie zrozumieją.
- Co z alkoholem? – zapytała mama. Już dawno chłodził się w lodówce. Dzisiaj wypiję tyle, że nie wiem, czy wieczór nie zakończy się porażką. – A ciepłe dania? Serwujemy jako pierwsze? – Powiedziałam, żeby wybrała. Zdecydowała, że tak. Najpierw zjemy obiad, później wjadą na stół ziemne przekąski i desery. Mama była niezwykle zadowolona, że mogła się krzątać w kuchni i o wszystkim decydować. Udawałam, że organizacja należy do mnie, ale tak naprawdę tylko zakupiłam składniki.
- Skąd w ogóle pomysł na jakieś przyjęcie niespodziankę? I skąd wzięłaś na to wszystko pieniądze? – dopytywała Emily. Odpowiedź by jej nie usatysfakcjonowała. Wymyśliłam, że od dawna się znamy, a ona jeszcze nie poznała całej mojej rodziny, a poza tym dostałam podwyżkę. Tak naprawdę wzięłam kredyt, którego nie miałam zamiaru spłacać.
Mama i Emily co chwilę wpadały na siebie lub podbierały sobie jakieś potrzebne sprzęty. Na szczęcie moja przyjaciółka podporządkowała się mamie, bo inaczej byłaby tu niezła awantura. Specjalnie na dzisiejsza okazję wynajęłam salę razem z kuchnią, a w nieznanym otoczeniu łatwo o irytację, zwłaszcza w pośpiechu. Dlatego ja siedziałam spokojnie przy stole, obserwując ich niezwykłe zdolności organizacyjne. Pomyślałam, że z takim zaangażowaniem można pomagać tylko komuś, kogo się kocha. Musiałam zajmować ważne miejsce w sercach tych dwóch kobiet. Uśmiechnęłam się na tę myśl.
- Pomogłabyś nam, a nie uśmiechasz się pod nosem. Spróbuj chociaż jedzenia. – Spróbowałam i było to chyba najlepsze kilka kęsów w moim życiu. To uczucie głębokiej satysfakcji sprawiło, że zaczęłam się stresować. Widok dwóch najbliższych mi osób, świadomość, że dzisiaj dokonam przełomu i poczucie, że tylko ja znam przyczynę – nic nie było w tym momencie tak namacalne jak smak tych potraw. Poszłam do łazienki i zmusiłam się do wymiotów. Kiedy podniosłam się z kolan, spojrzałam w lustro, aby upewnić się, że wyglądam, jak należy.
Gdybym nie zwymiotowała wtedy, stałoby się to zaraz po tym, jak odkryłam, że moja kuzynka przyszła z dzieckiem. Wyraźnie prosiłam o przybycie bez najmłodszych, jednak w odpowiedzi usłyszałam, że postanowili nie pytać, bo pewnie bym się nie zgodziła, a bardzo mi zależało, żeby zebrała się cała rodzina, a bez dziecka nie mogliby przyjść, więc … i tak dalej. Nie słuchałam, myśląc, że może przez obecność tego wiecznie marudnego dzieciaka, kuzynka wróci do domu wcześniej.
Tak długo przygotowywałam się do tego dnia, że nawet czułam już przyjemną ekscytację, jednak widząc, że pojawiły się komplikacje, pomyślałam, że to znak. Witałam powoli schodzących się spóźnialskich z roztargnieniem, bo tak naprawdę rozmyślałam tylko o tym, że w ciągu kilku lat izolacji i intensywnego rozważania swojej decyzji nigdy nie poczułam żadnego impulsu, który kazałby mi się wycofać, aż do teraz. Starałam się zrzucić wszystko na karb ludzkiej niesubordynacji.
Po tym jak większość rodziny spróbowała zamienić kilka zdań z każdym, poza mną, usiedliśmy do stołu. Unikano pytań na temat tego, co się ostatnio u mnie działo, ponieważ nie brałam udziału w ich życiu. Moi krewni, choć nie mają ze sobą wiele wspólnego i nie czerpią wielkiej przyjemności ze spędzania czasu wspólnie, wierzą, że tak powinna robić rodzina. Ja się wyłamałam. Na kilka lat się od nich odizolowałam i niczego nie żałuję, ponieważ w tym czasie zdecydowałam, że nie chcę już tak żyć.
Panował gwar, wiele osób rozmawiało między sobą na mało istotne tematy takie jak leki, które dana osoba przyjmuje czy liczba zębów, które straciła ta mała. Oczywiście dziecko z dumą prezentowało braki w uzębieniu, a niedoszłe (jeszcze) matki rozpływały się nad wątpliwą charyzmą dziewczynki. Kiedy podano do stołu, wszyscy umilkli i wtedy zrozumiałam, że dogadujemy się tylko wtedy, kiedy milczymy. Chciałam dzisiaj cieszyć się towarzystwem tych, którzy powinni mi być najbliżsi, zamiast tego rozkoszowałam się smakiem posiłków przyrządzonych przez mamę, bo wierzyłam, że przygotowała je z myślą o mnie. Gotowanie było jej pasją, którą zawsze się ze mną dzieliła. Cały proces tworzenia każdego z dań, które kiedykolwiek dla mnie przygotowała, sprowadzał się do tego, aby sprawić mi przyjemność. Nigdy nie potrzebowałam słowa kocham, wystarczyło, że mama zawsze starała się mnie czymś zaskoczyć, a przy tym sprawiła, że dania przygotowywane dla mnie kojarzyły się z cudownymi tradycjami. Wiedziałam, że każda minuta spędzona w kuchni była minutą poświęconą myśli o mnie. Mama nigdy nie pytała, co lubię. Obserwowała mnie i moje reakcje na wszystko, co mnie otaczało i wykorzystywała tę wiedzę podczas gotowania. Zawsze była niesamowitą osobą. Nigdy nie musiała mówić, zapowiadać swoich zamiarów i obiecywać. Ona po prostu działała. Dlatego zawsze była o krok przede mną, a ja mogłam podążać za nią i uczyć się, czym jest poświęcenie. Pewnie zrozumiałam jej nauki źle, bo zaprowadziły mnie w to miejsce, w którym właśnie jestem. Jem z wielką pasją, piję na umór i nawet nie myślę o tym, że nie ma ucieczki przed tym makabrycznym wieczorem. Moja świadomość już dawno gdzieś uleciała, teraz musiałam tylko pozbyć się ciała. Dla mnie było to najpiękniejsze poświęcenie, jedyne jakie mogłam podarować każdemu w tym samym czasie.
Wujek wstał i zaczął wygłaszać jakiś toast. Rodzina… a te nasze dzieci… podziękujmy za jedzenie… Musiał być pijany, zanim się pojawił. Nie wierzę, że tak marne żarty mógłby wygłaszać na trzeźwo. Nie tak chciałam spędzić ten wieczór, wcale nie tak. To uczucie z jednej strony sprawiało, że chciałam doprowadzić wydarzenie do końca, a z drugiej, że traciłam wiarę w moje przedsięwzięcie. Przecież nikt mnie nie zrozumie – jedni, bo wcale mnie nie znają, drudzy – bo wcale ich nie obchodzę. To nie są ludzie, z którymi chciałam spędzić ostatni dzień życia. Ale klamka zapadła.
Korzystając z okazji, że uwaga skupiła się na wujku, wyszłam na dwór, aby sprawdzić, czy wszystko wygląda tak, jak chciałam. Drzwi stale były zamknięte, a okna zasłonięte, aby nikt nie podejrzał, co się działo na zewnątrz. Pogoda mi sprzyjała, w tak wietrzny i ponury dzień nikt nawet nie chciał spojrzeć przez okno. Krzesła były równo poustawiane tak, aby każdy mógł idealnie widzieć scenę. Wpatrując się w punkt przede mną, wybrałam numer. Poprosiłam, aby przysłano ludzi do pół godziny. Później wykonałam drugi telefon, aby upewnić się, że właściciel nie pojawi się w podobnym czasie. Wróciłam na salę. Impreza trwała już jakiś czas, więc wszyscy byli podchmieleni. Ja też wypiłam jeszcze kilka kieliszków z tymi, którzy chcieli. Zanim pojawili się panowie, na których czekałam, zdążyłam wypić cztery, ale w związku z tym, że już nie byłam świadoma, upijałam tylko swoje ciało, któremu ciężko było ustać, mimo że mówiłam całkiem wyraźnie.
Nagle rozległo się pukanie. Serce mi stanęło. Chciałam, aby już nie powróciło do swojego pierwotnego stanu, wiele by mi to ułatwiło. Na salę weszło czterech mężczyzn ubranych na czarno. Rodzina się zdziwiła, ale większość była w takim stanie, że zaczęli ich zapraszać do stołu. W tym momencie to mężczyźni zaczęli czuć się niezręcznie. Poprosiłam o głos.
- Teraz musimy wyjść na zewnątrz. Chcę Wam powiedzieć, dlaczego się tutaj spotkaliśmy. – Wskazałam mężczyznom wyjście. Poszli przodem, krewni jeszcze dopijali, dojadali i zwlekali się z miejsc. Wyszłam, zanim cała rodzina udała się na zewnątrz.
Każdy opuścił salę i z degustacją, konsternacją i innymi niezidentyfikowanymi uczuciami malującymi się na twarzach wpatrywał się we mnie stojącą przed otwartą trumną. Poprosiłam, aby usiedli. Poprosiłam jeszcze ze dwa razy, zanim do każdego dotarło, że nie powiem nic więcej, dopóki nie zajmą miejsc.
- Dzisiejsza impreza raczej nie powinna być tak nazwana. Niespodzianka to słowo, które tu także nie pasuje. Dla mnie to nie będzie żadne zaskoczenie, a dla Was pewnie nic pozytywnego, dopóki mnie nie zrozumiecie. Moje życie aktualnie nie jest nikomu potrzebne, a już na pewno nie mnie. Jestem tylko kawałkiem mięsa z czterema kończynami, który już dawno stracił zdolność odczuwania. Gdyby tak nie było, nie umiałabym opuścić wszystkich na cztery lata. Tymczasem mnie nie sprawiło to żadnego problemu. Jedyne, co mogę dać innym to rozczarowanie, bo straciłam wszelkie ludzkie uczucia. Bez nich nie jestem człowiekiem. Ale nie oznacza to, że jestem zwierzęciem czy warzywem. Nie pasuje do tego świata, dlatego postanowiłam się poświęcić. Chcę, abyście wszyscy byli świadkami tego, jak umieram.
Nikt nic nie powiedział, nikt nic nie zrobił, wątpię, aby ktoś cokolwiek zrozumiał. W takiej sytuacji mogłam się jedynie uśmiechnąć. Odwróciłam się i spojrzałam na trumnę wyścieloną miękkim materiałem. Podciągnęłam sukienkę i weszłam do niej jedną nogą. Po chwili już w niej siedziałam, patrząc na wszystkich nieobecnym wzrokiem. Mój proces rozkładu już się zaczął. Nie dusiłam się, nic mnie nie bolało, ale byłam w agonii. I byłam tego świadoma. Widziałam jeszcze, że mama podnosi się z miejsca i każe mi przestać. Kiedy się położyłam, a mężczyźni unieśli wieko, mama zaczęła krzyczeć. Ja nadal leżałam, a pracownicy kontynuowali swoją pracę. Mama podbiegła, chciała mnie wyszarpać z trumny, ale ją odepchnęłam tak, że upadła. Nie tak miała mnie zapamiętać. Jedyna osoba, na której mi zależało, zepsuła mój plan i zepsuła mój obraz w swoich oczach. Beznamiętnie położyłam się z powrotem, starając się przywołać agonalny stan. W tym momencie rozpętało się piekło, usłyszałam płacz, najgłośniejszy był płacz dziecka, popłoch, krzyki, głosy złączyły się w jedno, teraz już nikt się dla mnie nie liczył. Nie odróżniałam głosu Emily, wujka ani kuzynki, wszelkie odgłosy odpowiednie dla takiego wydarzenia się zlały. Słuchałam tylko, jak mama szlocha, nie mając odwagi, aby spróbować mnie po raz kolejny powstrzymać. Wiedziała już, że stałam się potworem. Wieko opadało, a do moich uszu docierało coraz mniej dźwięków, moje oczy nie widziały już tej odrobiny światła, która jeszcze się tliła w ponurym wieczorze. Jednak moja świadomość się wyostrzała.
Zakręcono wieko, wrzucono mnie do głębokiego dołu, który kopałam przez całą noc na tyłach wynajętego budynku, a ja trzeźwiałam. Dobrze było nie widzieć i nie słyszeć, gdybym mogła także przestać myśleć, ale moja agonia przeszła w głębokie rozważanie tego, czy prędzej zedrę paznokcie do krwi na twardym wieku czy się uduszę.
- Co z alkoholem? – zapytała mama. Już dawno chłodził się w lodówce. Dzisiaj wypiję tyle, że nie wiem, czy wieczór nie zakończy się porażką. – A ciepłe dania? Serwujemy jako pierwsze? – Powiedziałam, żeby wybrała. Zdecydowała, że tak. Najpierw zjemy obiad, później wjadą na stół ziemne przekąski i desery. Mama była niezwykle zadowolona, że mogła się krzątać w kuchni i o wszystkim decydować. Udawałam, że organizacja należy do mnie, ale tak naprawdę tylko zakupiłam składniki.
- Skąd w ogóle pomysł na jakieś przyjęcie niespodziankę? I skąd wzięłaś na to wszystko pieniądze? – dopytywała Emily. Odpowiedź by jej nie usatysfakcjonowała. Wymyśliłam, że od dawna się znamy, a ona jeszcze nie poznała całej mojej rodziny, a poza tym dostałam podwyżkę. Tak naprawdę wzięłam kredyt, którego nie miałam zamiaru spłacać.
Mama i Emily co chwilę wpadały na siebie lub podbierały sobie jakieś potrzebne sprzęty. Na szczęcie moja przyjaciółka podporządkowała się mamie, bo inaczej byłaby tu niezła awantura. Specjalnie na dzisiejsza okazję wynajęłam salę razem z kuchnią, a w nieznanym otoczeniu łatwo o irytację, zwłaszcza w pośpiechu. Dlatego ja siedziałam spokojnie przy stole, obserwując ich niezwykłe zdolności organizacyjne. Pomyślałam, że z takim zaangażowaniem można pomagać tylko komuś, kogo się kocha. Musiałam zajmować ważne miejsce w sercach tych dwóch kobiet. Uśmiechnęłam się na tę myśl.
- Pomogłabyś nam, a nie uśmiechasz się pod nosem. Spróbuj chociaż jedzenia. – Spróbowałam i było to chyba najlepsze kilka kęsów w moim życiu. To uczucie głębokiej satysfakcji sprawiło, że zaczęłam się stresować. Widok dwóch najbliższych mi osób, świadomość, że dzisiaj dokonam przełomu i poczucie, że tylko ja znam przyczynę – nic nie było w tym momencie tak namacalne jak smak tych potraw. Poszłam do łazienki i zmusiłam się do wymiotów. Kiedy podniosłam się z kolan, spojrzałam w lustro, aby upewnić się, że wyglądam, jak należy.
Gdybym nie zwymiotowała wtedy, stałoby się to zaraz po tym, jak odkryłam, że moja kuzynka przyszła z dzieckiem. Wyraźnie prosiłam o przybycie bez najmłodszych, jednak w odpowiedzi usłyszałam, że postanowili nie pytać, bo pewnie bym się nie zgodziła, a bardzo mi zależało, żeby zebrała się cała rodzina, a bez dziecka nie mogliby przyjść, więc … i tak dalej. Nie słuchałam, myśląc, że może przez obecność tego wiecznie marudnego dzieciaka, kuzynka wróci do domu wcześniej.
Tak długo przygotowywałam się do tego dnia, że nawet czułam już przyjemną ekscytację, jednak widząc, że pojawiły się komplikacje, pomyślałam, że to znak. Witałam powoli schodzących się spóźnialskich z roztargnieniem, bo tak naprawdę rozmyślałam tylko o tym, że w ciągu kilku lat izolacji i intensywnego rozważania swojej decyzji nigdy nie poczułam żadnego impulsu, który kazałby mi się wycofać, aż do teraz. Starałam się zrzucić wszystko na karb ludzkiej niesubordynacji.
Po tym jak większość rodziny spróbowała zamienić kilka zdań z każdym, poza mną, usiedliśmy do stołu. Unikano pytań na temat tego, co się ostatnio u mnie działo, ponieważ nie brałam udziału w ich życiu. Moi krewni, choć nie mają ze sobą wiele wspólnego i nie czerpią wielkiej przyjemności ze spędzania czasu wspólnie, wierzą, że tak powinna robić rodzina. Ja się wyłamałam. Na kilka lat się od nich odizolowałam i niczego nie żałuję, ponieważ w tym czasie zdecydowałam, że nie chcę już tak żyć.
Panował gwar, wiele osób rozmawiało między sobą na mało istotne tematy takie jak leki, które dana osoba przyjmuje czy liczba zębów, które straciła ta mała. Oczywiście dziecko z dumą prezentowało braki w uzębieniu, a niedoszłe (jeszcze) matki rozpływały się nad wątpliwą charyzmą dziewczynki. Kiedy podano do stołu, wszyscy umilkli i wtedy zrozumiałam, że dogadujemy się tylko wtedy, kiedy milczymy. Chciałam dzisiaj cieszyć się towarzystwem tych, którzy powinni mi być najbliżsi, zamiast tego rozkoszowałam się smakiem posiłków przyrządzonych przez mamę, bo wierzyłam, że przygotowała je z myślą o mnie. Gotowanie było jej pasją, którą zawsze się ze mną dzieliła. Cały proces tworzenia każdego z dań, które kiedykolwiek dla mnie przygotowała, sprowadzał się do tego, aby sprawić mi przyjemność. Nigdy nie potrzebowałam słowa kocham, wystarczyło, że mama zawsze starała się mnie czymś zaskoczyć, a przy tym sprawiła, że dania przygotowywane dla mnie kojarzyły się z cudownymi tradycjami. Wiedziałam, że każda minuta spędzona w kuchni była minutą poświęconą myśli o mnie. Mama nigdy nie pytała, co lubię. Obserwowała mnie i moje reakcje na wszystko, co mnie otaczało i wykorzystywała tę wiedzę podczas gotowania. Zawsze była niesamowitą osobą. Nigdy nie musiała mówić, zapowiadać swoich zamiarów i obiecywać. Ona po prostu działała. Dlatego zawsze była o krok przede mną, a ja mogłam podążać za nią i uczyć się, czym jest poświęcenie. Pewnie zrozumiałam jej nauki źle, bo zaprowadziły mnie w to miejsce, w którym właśnie jestem. Jem z wielką pasją, piję na umór i nawet nie myślę o tym, że nie ma ucieczki przed tym makabrycznym wieczorem. Moja świadomość już dawno gdzieś uleciała, teraz musiałam tylko pozbyć się ciała. Dla mnie było to najpiękniejsze poświęcenie, jedyne jakie mogłam podarować każdemu w tym samym czasie.
Wujek wstał i zaczął wygłaszać jakiś toast. Rodzina… a te nasze dzieci… podziękujmy za jedzenie… Musiał być pijany, zanim się pojawił. Nie wierzę, że tak marne żarty mógłby wygłaszać na trzeźwo. Nie tak chciałam spędzić ten wieczór, wcale nie tak. To uczucie z jednej strony sprawiało, że chciałam doprowadzić wydarzenie do końca, a z drugiej, że traciłam wiarę w moje przedsięwzięcie. Przecież nikt mnie nie zrozumie – jedni, bo wcale mnie nie znają, drudzy – bo wcale ich nie obchodzę. To nie są ludzie, z którymi chciałam spędzić ostatni dzień życia. Ale klamka zapadła.
Korzystając z okazji, że uwaga skupiła się na wujku, wyszłam na dwór, aby sprawdzić, czy wszystko wygląda tak, jak chciałam. Drzwi stale były zamknięte, a okna zasłonięte, aby nikt nie podejrzał, co się działo na zewnątrz. Pogoda mi sprzyjała, w tak wietrzny i ponury dzień nikt nawet nie chciał spojrzeć przez okno. Krzesła były równo poustawiane tak, aby każdy mógł idealnie widzieć scenę. Wpatrując się w punkt przede mną, wybrałam numer. Poprosiłam, aby przysłano ludzi do pół godziny. Później wykonałam drugi telefon, aby upewnić się, że właściciel nie pojawi się w podobnym czasie. Wróciłam na salę. Impreza trwała już jakiś czas, więc wszyscy byli podchmieleni. Ja też wypiłam jeszcze kilka kieliszków z tymi, którzy chcieli. Zanim pojawili się panowie, na których czekałam, zdążyłam wypić cztery, ale w związku z tym, że już nie byłam świadoma, upijałam tylko swoje ciało, któremu ciężko było ustać, mimo że mówiłam całkiem wyraźnie.
Nagle rozległo się pukanie. Serce mi stanęło. Chciałam, aby już nie powróciło do swojego pierwotnego stanu, wiele by mi to ułatwiło. Na salę weszło czterech mężczyzn ubranych na czarno. Rodzina się zdziwiła, ale większość była w takim stanie, że zaczęli ich zapraszać do stołu. W tym momencie to mężczyźni zaczęli czuć się niezręcznie. Poprosiłam o głos.
- Teraz musimy wyjść na zewnątrz. Chcę Wam powiedzieć, dlaczego się tutaj spotkaliśmy. – Wskazałam mężczyznom wyjście. Poszli przodem, krewni jeszcze dopijali, dojadali i zwlekali się z miejsc. Wyszłam, zanim cała rodzina udała się na zewnątrz.
Każdy opuścił salę i z degustacją, konsternacją i innymi niezidentyfikowanymi uczuciami malującymi się na twarzach wpatrywał się we mnie stojącą przed otwartą trumną. Poprosiłam, aby usiedli. Poprosiłam jeszcze ze dwa razy, zanim do każdego dotarło, że nie powiem nic więcej, dopóki nie zajmą miejsc.
- Dzisiejsza impreza raczej nie powinna być tak nazwana. Niespodzianka to słowo, które tu także nie pasuje. Dla mnie to nie będzie żadne zaskoczenie, a dla Was pewnie nic pozytywnego, dopóki mnie nie zrozumiecie. Moje życie aktualnie nie jest nikomu potrzebne, a już na pewno nie mnie. Jestem tylko kawałkiem mięsa z czterema kończynami, który już dawno stracił zdolność odczuwania. Gdyby tak nie było, nie umiałabym opuścić wszystkich na cztery lata. Tymczasem mnie nie sprawiło to żadnego problemu. Jedyne, co mogę dać innym to rozczarowanie, bo straciłam wszelkie ludzkie uczucia. Bez nich nie jestem człowiekiem. Ale nie oznacza to, że jestem zwierzęciem czy warzywem. Nie pasuje do tego świata, dlatego postanowiłam się poświęcić. Chcę, abyście wszyscy byli świadkami tego, jak umieram.
Nikt nic nie powiedział, nikt nic nie zrobił, wątpię, aby ktoś cokolwiek zrozumiał. W takiej sytuacji mogłam się jedynie uśmiechnąć. Odwróciłam się i spojrzałam na trumnę wyścieloną miękkim materiałem. Podciągnęłam sukienkę i weszłam do niej jedną nogą. Po chwili już w niej siedziałam, patrząc na wszystkich nieobecnym wzrokiem. Mój proces rozkładu już się zaczął. Nie dusiłam się, nic mnie nie bolało, ale byłam w agonii. I byłam tego świadoma. Widziałam jeszcze, że mama podnosi się z miejsca i każe mi przestać. Kiedy się położyłam, a mężczyźni unieśli wieko, mama zaczęła krzyczeć. Ja nadal leżałam, a pracownicy kontynuowali swoją pracę. Mama podbiegła, chciała mnie wyszarpać z trumny, ale ją odepchnęłam tak, że upadła. Nie tak miała mnie zapamiętać. Jedyna osoba, na której mi zależało, zepsuła mój plan i zepsuła mój obraz w swoich oczach. Beznamiętnie położyłam się z powrotem, starając się przywołać agonalny stan. W tym momencie rozpętało się piekło, usłyszałam płacz, najgłośniejszy był płacz dziecka, popłoch, krzyki, głosy złączyły się w jedno, teraz już nikt się dla mnie nie liczył. Nie odróżniałam głosu Emily, wujka ani kuzynki, wszelkie odgłosy odpowiednie dla takiego wydarzenia się zlały. Słuchałam tylko, jak mama szlocha, nie mając odwagi, aby spróbować mnie po raz kolejny powstrzymać. Wiedziała już, że stałam się potworem. Wieko opadało, a do moich uszu docierało coraz mniej dźwięków, moje oczy nie widziały już tej odrobiny światła, która jeszcze się tliła w ponurym wieczorze. Jednak moja świadomość się wyostrzała.
Zakręcono wieko, wrzucono mnie do głębokiego dołu, który kopałam przez całą noc na tyłach wynajętego budynku, a ja trzeźwiałam. Dobrze było nie widzieć i nie słyszeć, gdybym mogła także przestać myśleć, ale moja agonia przeszła w głębokie rozważanie tego, czy prędzej zedrę paznokcie do krwi na twardym wieku czy się uduszę.

My rating