Klęska wiary
Po śladach idę cudzych.
Zmierzch,
a nie świt mnie budzi,
dławi permanentnie
samoświadomość
przeciętnej i szarej.
Nie mam czasu na spanie.
Świt,
spala się nim wstanie,
mija machinalnie
niepowtarzalność
nadzwyczajnie barwnych.
Snów nie mam już żadnych.
Noc,
godziny z życia kradnie,
pustoszy zasób marzeń
irracjonalność
losu i paradoks.
Życie bez celu w końcu minie.
Dzień,
jak każdy inny zginie,
cofa się, to znów powraca
tymczasowość
słów prawdziwych.
Daj nam chleb Sprawiedliwy.
Jutro,
umrzemy z niewiary,
już nam nie sprzyja więcej
bogobojność
i siła wiarołomna.
Załammy wspólnie ręce...
Zmierzch,
a nie świt mnie budzi,
dławi permanentnie
samoświadomość
przeciętnej i szarej.
Nie mam czasu na spanie.
Świt,
spala się nim wstanie,
mija machinalnie
niepowtarzalność
nadzwyczajnie barwnych.
Snów nie mam już żadnych.
Noc,
godziny z życia kradnie,
pustoszy zasób marzeń
irracjonalność
losu i paradoks.
Życie bez celu w końcu minie.
Dzień,
jak każdy inny zginie,
cofa się, to znów powraca
tymczasowość
słów prawdziwych.
Daj nam chleb Sprawiedliwy.
Jutro,
umrzemy z niewiary,
już nam nie sprzyja więcej
bogobojność
i siła wiarołomna.
Załammy wspólnie ręce...

@Michał Zabłocki
dziękuję ;)My rating