dym z kadzidła
Wrześniowe popołudnie, już zaczynają opadać liście z drzew, a jesień jak malarz na bieszczadzkich połoninach nie stroni od kolorów i nakłada wciąż nowe barwy, które nasycają smutny obraz, szarego miasta. Podnoszę głowę, widzę ptaki, które już odlatują w cieplejsze miejsca. W tym momencie ich trzepotanie skrzydeł to pożegnanie, jakby chciały powiedzieć do zobaczenia. Czas mknie, wskazówki zegara obracają się w prawą stronę, wiem, że to już ten moment, w którym trzeba się rozstać, lecą łzy, zawsze będą lecieć, tak po ludzku chce się płakać. Odjechali, wracają do domu, a ja? Paradoksalnie w nim zostaję, to mój nowy dom. Już od wejścia można było wyczuć ten zapach, taki charakterystyczny, który unosił się tylko w tym jednym miejscu, kadzidło, to taki nieodłączny element seminarium.
Każde miejsce ma tu swój zapach. Kościół pachnie dymem kadzidła, to modlitwa, która unosi się w górę do Boga. Każde wejście do tego kościoła, to jak Magnificat w trakcie nieszporów, to melodia, śpiew i dym. Co jest takiego w tym miejscu, że łzy lecą same? Co jest w Tobie, że przyciągasz i coraz to zyskujesz nowych, dla których ta duża kaplica, będzie małym pokojem łez, jak ten za kaplicą sykstyńską w Watykanie.
Wchodzę głównym wejściem, na wprost Najświętszy, w krzaku gorejącym, piękna czerwień i mała lampka, żywa świeca, która mówi, tak cichutko On tu jest, naprawdę! Serce bije mi coraz szybciej, choć kościół jest pusty to oczami wyobraźni widzę pełne rzędy ławek, kleryków, którzy przecierają zaspane oczy śpiewając Witaj dniu pierwszy, idę dalej, rozglądam się na boki i słyszę brzmienie organów, króla wszystkich instrumentów, jak z poszczególnych piszczałek wydobywa się anielski głos chwały. Widzę stacje drogi krzyżowej, takie proste, malowane słowem, pisane wierszem, od Piłata po kres świata i miłości wielkiej cud, Chrystus zmartwychwstaje – pusty grób. Nagle mój wzrok spotyka się z Matką, Czarną Madonną, która chce przytulic mnie do swojego wielkiego serca, widzę Ciebie, jak prosisz, aby zaufać. Ufać, aby oddać się na wyłączną służbę Tobie.
Mówisz, że powołujesz, mnie, grzesznika, który nawet tej prawdy nie potrafi przyjąć i mówisz, że kochasz, bez względu na wszystko, i dajesz siebie poczuć w tym dymie kadzidła...
Każde miejsce ma tu swój zapach. Kościół pachnie dymem kadzidła, to modlitwa, która unosi się w górę do Boga. Każde wejście do tego kościoła, to jak Magnificat w trakcie nieszporów, to melodia, śpiew i dym. Co jest takiego w tym miejscu, że łzy lecą same? Co jest w Tobie, że przyciągasz i coraz to zyskujesz nowych, dla których ta duża kaplica, będzie małym pokojem łez, jak ten za kaplicą sykstyńską w Watykanie.
Wchodzę głównym wejściem, na wprost Najświętszy, w krzaku gorejącym, piękna czerwień i mała lampka, żywa świeca, która mówi, tak cichutko On tu jest, naprawdę! Serce bije mi coraz szybciej, choć kościół jest pusty to oczami wyobraźni widzę pełne rzędy ławek, kleryków, którzy przecierają zaspane oczy śpiewając Witaj dniu pierwszy, idę dalej, rozglądam się na boki i słyszę brzmienie organów, króla wszystkich instrumentów, jak z poszczególnych piszczałek wydobywa się anielski głos chwały. Widzę stacje drogi krzyżowej, takie proste, malowane słowem, pisane wierszem, od Piłata po kres świata i miłości wielkiej cud, Chrystus zmartwychwstaje – pusty grób. Nagle mój wzrok spotyka się z Matką, Czarną Madonną, która chce przytulic mnie do swojego wielkiego serca, widzę Ciebie, jak prosisz, aby zaufać. Ufać, aby oddać się na wyłączną służbę Tobie.
Mówisz, że powołujesz, mnie, grzesznika, który nawet tej prawdy nie potrafi przyjąć i mówisz, że kochasz, bez względu na wszystko, i dajesz siebie poczuć w tym dymie kadzidła...

My rating