Wyziewy
z tego małego otworu zwanego wyziewem wnętrzności wypływa strumień
mawiają atomiści (nikt już nie pamięta tych strudzonych myślą niepojętą twarzy)
że nic nie powstaje więc nic nie umiera.
siedzę w próżni w oczekiwaniu na zetknięcie z bytem.
siedzę i czekam w jakimś ponurym miejscu przy pomalowanym sprayem drzewie
i ciągnącym się do samej wieczności dźwiękiem oddawanego moczu.
tracę umysłową równowagę po wciągniętej kresce
serce mam w całym ciele cała jestem sercem wchodzę z nim do śmierdzącego dymem i stęchlizną squotu.
spocony mężczyzna z nagim torsem ociera się o mnie przy wejściu.
opadam opadam opadam na kanapę soczyście czerwoną i gryzie mnie w gardle
wsysam się w butelkę mojego chłopaka a on mówi przynieś załatw proszę coś do nosa
podejdź tam chłopaczki stoją rozmawiają frajerzy idź i powiedz i przynieś i pójdziemy.
więc idę i mówię i wskazuję na mojego chłopaka siedzi taki bez nóg bez rąk bez twarzy jak zbity pies brakuje mu tylko palca w nosie
a oni śmieją się i chcą żebym została z nimi co pójdziesz do niego?
dziewczyno chcesz mu oddać to serce zastanów się możesz iść dobra idź ale wróć wróć wróć jak tylko popatrzysz i zobaczysz.
patrzę patrzę patrzę i widzę widzę wszystko jak wkłada jej rękę w majtki i wącha to później skurwiel.
wracam ale nikogo już nie ma.
płonę w swojej próżni zasilana starym radiem pełnym czarnego lądu.
teraz nie ma prostych rozwiązań nie ma udziwnień.
artyści mieszkają w psychiatrykach i toną toną toną i upijają się tym w czym się topią.
umysł taki niejasny zabieram serce i idę do ciebie
zostaję u ciebie dwa miesiące ale w ogóle nie pamiętam co robimy o czym myślimy.
z ust płynie czarny ląd.
wszystko odbywa się na zakazanym gruncie albo na polu kukurydzy przy dźwięku łamiących się liści.
ciało mam wysmarowane glebą nie mogę domyć paznokci.
już nigdy nie będzie tak jak kiedyś już nigdy nie będzie tak jak teraz. teraz ma największą moc sprawia że wszystko co później będzie nasiąknięte zapachem tęsknoty.
nie mam już żadnej przeszłości teraźniejszości przyszłości
nie mam już czasu miejsca pojęcia
boli mnie kręgosłup moralny z braku układu kostnego.
czasem tylko zastanawiam się i myślę myślę myślę (i mogę tak myśleć długo)
że idealizuję i rysuję sobie ludzi i życie
a później tylko tęsknię tęsknię tęsknię do czegoś czego nie ma czego nigdy nie było.
nabieram głębokiej wiary tak jak nabiera się wody w usta że mogę stworzyć własny świat
i tonąć tonąć tonąć i upijać się tym światem aż do wieczności bo nic nie umiera.
mawiają atomiści (nikt już nie pamięta tych strudzonych myślą niepojętą twarzy)
że nic nie powstaje więc nic nie umiera.
siedzę w próżni w oczekiwaniu na zetknięcie z bytem.
siedzę i czekam w jakimś ponurym miejscu przy pomalowanym sprayem drzewie
i ciągnącym się do samej wieczności dźwiękiem oddawanego moczu.
tracę umysłową równowagę po wciągniętej kresce
serce mam w całym ciele cała jestem sercem wchodzę z nim do śmierdzącego dymem i stęchlizną squotu.
spocony mężczyzna z nagim torsem ociera się o mnie przy wejściu.
opadam opadam opadam na kanapę soczyście czerwoną i gryzie mnie w gardle
wsysam się w butelkę mojego chłopaka a on mówi przynieś załatw proszę coś do nosa
podejdź tam chłopaczki stoją rozmawiają frajerzy idź i powiedz i przynieś i pójdziemy.
więc idę i mówię i wskazuję na mojego chłopaka siedzi taki bez nóg bez rąk bez twarzy jak zbity pies brakuje mu tylko palca w nosie
a oni śmieją się i chcą żebym została z nimi co pójdziesz do niego?
dziewczyno chcesz mu oddać to serce zastanów się możesz iść dobra idź ale wróć wróć wróć jak tylko popatrzysz i zobaczysz.
patrzę patrzę patrzę i widzę widzę wszystko jak wkłada jej rękę w majtki i wącha to później skurwiel.
wracam ale nikogo już nie ma.
płonę w swojej próżni zasilana starym radiem pełnym czarnego lądu.
teraz nie ma prostych rozwiązań nie ma udziwnień.
artyści mieszkają w psychiatrykach i toną toną toną i upijają się tym w czym się topią.
umysł taki niejasny zabieram serce i idę do ciebie
zostaję u ciebie dwa miesiące ale w ogóle nie pamiętam co robimy o czym myślimy.
z ust płynie czarny ląd.
wszystko odbywa się na zakazanym gruncie albo na polu kukurydzy przy dźwięku łamiących się liści.
ciało mam wysmarowane glebą nie mogę domyć paznokci.
już nigdy nie będzie tak jak kiedyś już nigdy nie będzie tak jak teraz. teraz ma największą moc sprawia że wszystko co później będzie nasiąknięte zapachem tęsknoty.
nie mam już żadnej przeszłości teraźniejszości przyszłości
nie mam już czasu miejsca pojęcia
boli mnie kręgosłup moralny z braku układu kostnego.
czasem tylko zastanawiam się i myślę myślę myślę (i mogę tak myśleć długo)
że idealizuję i rysuję sobie ludzi i życie
a później tylko tęsknię tęsknię tęsknię do czegoś czego nie ma czego nigdy nie było.
nabieram głębokiej wiary tak jak nabiera się wody w usta że mogę stworzyć własny świat
i tonąć tonąć tonąć i upijać się tym światem aż do wieczności bo nic nie umiera.

Moja ocena
czarno i ponuro!Moja ocena
Prawie proza liryczna, dobre, pozdrawiam.My rating