rozproszona pamięć
tylko usta szepcą pamięć rozproszoną
między blaskiem planet a stęchłym podwórkiem
gdy pług uplata warkocz ziemi w zapach polny
z kamiennym sercem w piersi śmierci
blizny dnia goi noc gasi kwiaty bzu
stare drzewa wzdychają w ciemności
przywołując krzywdy pod wyżłobiony próg
w drewnie kruchym niczym czerstwy chleb
z drzazg minionego ojciec zbija płot
miłość penetruje ścieżki i sznury z praniem
wchodzi między równiutkie stogi siana
i obarczone robakiem jabłka
droga zagląda głęboko w horyzont co przygarnął
długo oczekiwanego gościa w misie z wodą święconą
paruje biedronka zanim przemówią szuflady i lustra
zaskrzypią belki stropowe spełnione w nicość
odbieram sobie wzrok by znów stać się chwilą
w znajomych kątach o innym zapachu szyby
skroplonego oddechu wypuszczonym zbyt szybko
by się nie zatracić w tym co się wykluło
tam gdzieś na strychu gdzie szept przelewa w mrok
zdziczałe róże kuchenny zapiecek i wierną mi studnię
do której zanim wrzucę kamień to jeszcze nakrzyczę
kładziesz dłoń na ustach i nastaje cisza jak na fotografii
a w wodzie rozkołysze się biały sad jak włos
w pięści zakleszczonej na amen i język odcięty
niby pępowina wybrzmiała skargą na brzeg
pocięty rzeką w beznadziejną samotność
dusza mojej wioski pachnie niebieskim ekranem
łączy się z niebem w kolorze indygo może być plamą
straszyć zimno gdzie nic nie będzie już stygło
szybciej niż człowiek zamieniony w cień
między blaskiem planet a stęchłym podwórkiem
gdy pług uplata warkocz ziemi w zapach polny
z kamiennym sercem w piersi śmierci
blizny dnia goi noc gasi kwiaty bzu
stare drzewa wzdychają w ciemności
przywołując krzywdy pod wyżłobiony próg
w drewnie kruchym niczym czerstwy chleb
z drzazg minionego ojciec zbija płot
miłość penetruje ścieżki i sznury z praniem
wchodzi między równiutkie stogi siana
i obarczone robakiem jabłka
droga zagląda głęboko w horyzont co przygarnął
długo oczekiwanego gościa w misie z wodą święconą
paruje biedronka zanim przemówią szuflady i lustra
zaskrzypią belki stropowe spełnione w nicość
odbieram sobie wzrok by znów stać się chwilą
w znajomych kątach o innym zapachu szyby
skroplonego oddechu wypuszczonym zbyt szybko
by się nie zatracić w tym co się wykluło
tam gdzieś na strychu gdzie szept przelewa w mrok
zdziczałe róże kuchenny zapiecek i wierną mi studnię
do której zanim wrzucę kamień to jeszcze nakrzyczę
kładziesz dłoń na ustach i nastaje cisza jak na fotografii
a w wodzie rozkołysze się biały sad jak włos
w pięści zakleszczonej na amen i język odcięty
niby pępowina wybrzmiała skargą na brzeg
pocięty rzeką w beznadziejną samotność
dusza mojej wioski pachnie niebieskim ekranem
łączy się z niebem w kolorze indygo może być plamą
straszyć zimno gdzie nic nie będzie już stygło
szybciej niż człowiek zamieniony w cień

My rating
My rating
My rating
Moja ocena
Moja ocenaMy rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating