jesiennie
czytam w ustach smak jabłka i szelest jesieni
otulając róże grubą warstwą słomy powietrze
wrasta w nozdrza kroplą ruciano-miętową
deszczu co jest szeptem tych którzy gdzieś odchodzą
wycinam siebie z rudych pejzaży niezręcznie
schylając się po błyszczący kasztan choć czas
jest miękki jak biszkopt zamoczony w mleku
przeoczonej chwili kolorów potkniętych o próg
spływa po oknie emocjonalny niż jak dym po dachu
zlizuje cienie malw przeżuwam myśli wizualizujące
bezwzroczność wypytujące chłód owocowych sadów
o bezlistne dłonie w plecionych słońcem koszykach
rozkładam obrusy kwietnych pól skąd słychać
szept natury słowa przesączonego chlorofilem
co język zamienia w klangor żurawiego klucza
wrzucającego zmierzch w antrakt żabich arii
polnografia nad ścierniskiem niby sieć pajęcza
włosy plącze w rozpalonych gronach jarzębin
dopiero teraz patrząc na nie odkrywam piękno
jesiennych kwiatów moich wiosen dziecinnych
bo było kiedyś słońce co uznawało ich uśmiech
i był miś co ocierał wszystkie łzy miś dawno umarł
a jego cień wędruje ze mną po dnach szuflad
ścieżką co cerowała bąble na stopach i zdarte kolana
na ziemię przyprawioną wilgocią spada
kruche światło i wiatr wyczesuje ciepło z piór
na pięciolinii wysokiego napięcia
sen ciąży na skroniach niedośniony jeszcze
pleśnieją niezebrane wiśnie
trawa chodzi własnymi drogami
a w piekarniku pachnie ciasto
zwyczajnie jesiennie
otulając róże grubą warstwą słomy powietrze
wrasta w nozdrza kroplą ruciano-miętową
deszczu co jest szeptem tych którzy gdzieś odchodzą
wycinam siebie z rudych pejzaży niezręcznie
schylając się po błyszczący kasztan choć czas
jest miękki jak biszkopt zamoczony w mleku
przeoczonej chwili kolorów potkniętych o próg
spływa po oknie emocjonalny niż jak dym po dachu
zlizuje cienie malw przeżuwam myśli wizualizujące
bezwzroczność wypytujące chłód owocowych sadów
o bezlistne dłonie w plecionych słońcem koszykach
rozkładam obrusy kwietnych pól skąd słychać
szept natury słowa przesączonego chlorofilem
co język zamienia w klangor żurawiego klucza
wrzucającego zmierzch w antrakt żabich arii
polnografia nad ścierniskiem niby sieć pajęcza
włosy plącze w rozpalonych gronach jarzębin
dopiero teraz patrząc na nie odkrywam piękno
jesiennych kwiatów moich wiosen dziecinnych
bo było kiedyś słońce co uznawało ich uśmiech
i był miś co ocierał wszystkie łzy miś dawno umarł
a jego cień wędruje ze mną po dnach szuflad
ścieżką co cerowała bąble na stopach i zdarte kolana
na ziemię przyprawioną wilgocią spada
kruche światło i wiatr wyczesuje ciepło z piór
na pięciolinii wysokiego napięcia
sen ciąży na skroniach niedośniony jeszcze
pleśnieją niezebrane wiśnie
trawa chodzi własnymi drogami
a w piekarniku pachnie ciasto
zwyczajnie jesiennie

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating