Spacer

author:  Zuluz
5.0/5 | 1


Opowieść zaczyna się nagle, a kończy zbyt długo.
Za dwiema dzielnicami, obok apteki, przy ulicy gdzie stoją dwie stare kamieniczki, mieszkam ja.
Na samym poddaszu, z paroma sublokatorami, którzy szczęśliwie dla mnie są spokojni, zazwyczaj.
Wraz ze słońcem wstaję by nacieszyć się dniem i Moim Miastem, w którym mieszkam. Ono jest ogromne, i jak dotychczas nie poznałem jego wszystkich tajemnic. To sprawia, że tym bardziej szkoda dnia na siedzenie, w mojej małej, mieszkalnej klitce.
Jak co dzień wychodzę na spacer i za każdym razem oczekuje mnie coś nowego i zastanawiającego, przez co mój sen bywa krótki i bardzo nerwowy.
Mam swoje ulubione miejsca, chyba jak każdy mieszkaniec Mojego Miasta. Przeskakuję parę dzielnic, stałymi wytyczonymi ścieżkami. O i już jestem przy zielonej ławeczce.
To tutaj bywają ci, których znam najdłużej. Pani wiecznie zamyślona, z rozczochranymi włosami i starą książką w swych, jeszcze młodych, dłoniach. Spogląda w moją stronę i macha ręką, jak co dzień. Nie odmachuję, jak co dzień. Jej to nie przeszkadza, dla niej ważne jest to, że dziś znowu tu jestem.
Koło zielonej ławki, spacerująca para. Zakochani po Wieczność, tak o nich często myślę. Zaraz przystaną, przyjrzą mi się, szepną coś do siebie i ominą szerokim łukiem. Ani ja, ani oni nie lubimy nawzajem sobie przeszkadzać. Poszli. Zastanawiające, chodzą tą dróżką już od roku, może dłużej?
Dzisiejsza niespodzianka, rodzice z dzieckiem. Po raz pierwszy w tej okolicy, to widać, idą niczym tabun rozjuszonych psów. Rozglądają, zbliżają do każdej rzeczy, która wyda im się ciekawa. No i zamieniam się w ciekawostkę, uszczęśliwienie dla małej dziewczynki, która zauważa mnie i już przebiera nóżkami, aby mnie lepiej poznać. Może to i idiotyczne, ale zaczynam uciekać, nie mam ochoty na bliskie znajomości. Zapewne wygląda to komicznie, i tak jest, skoro słyszę śmiech dziewczynki za sobą.
Wybieram inne miejsce, bardziej ruchliwe, dzięki temu, mało kto ma czas zwrócić uwagę na nowo przybyłego. Siadam na poręczy ławki i obserwuję. Ludzie chodzący, rozmawiający, biegający, czego oni nie wymyślą.
Tuż koło mnie, młody mężczyzna wysypuje kawały wielkiej bułki, natychmiast zlatują się gołębie. Porozmawiałbym z nimi, lecz nie dziś, zbytnio owładnęła mnie melancholia i, no tak i głód. Może skusić się na tę bułkę? Czemu nie, wystarczy wziąć kawałek i już. Nadlatują wrony, no to ja rezygnuję, w ich towarzystwie z całą pewnością jeść nie będę. Zresztą bułka, do tego rozmokła, jak mogłem pomyśleć o skosztowaniu? Robi mi się niedobrze, cóż zmienię miejsce, znowu. Mówię “cześć” i po chwili zmierzam, nie wiedząc dokąd, ani jak długo zajmie mi ta wędrówka.
Mijam centrum, ciemne zaułki Mojego Miasta, aż docieram na jego pustawe obrzeża. Coraz więcej zieleni, ciszy, a co najważniejsze, nikogo w pobliżu. Drogę którą poznaję, przecina rzeczka, chociaż można nazwać ją także, rzeką. Jest taka pomiędzy. Wymyślam dla niej imię. Moja Rzeka.
W lewo, a może w prawo? Dlaczego nie można jednocześnie tu i tu? Czemu muszę zrezygnować z czegoś co może być ważne?
Ruszam za słońcem, rozkoszując się jego barwą i ciepłem, nasłuchując śpiewu ptaków. Moja Rzeka zakręca i niknie na chwilę za gęstwiną seledynowych liści. Ukazuje się znowu, razem z dziewczyną. Zaskoczony tym widokiem, staję. Nie tylko ja lubię spacery w nieznane?
Ona siedzi, nieświadoma mnie, czytająca książkę, od czasu do czasu spoglądając na wodę. Ja też spoglądam, na nią, i na wodę. Decyduję się, siadam koło niej, nie mówię “cześć”, “witaj”, nie ma takiej potrzeby, przecież widać, że jestem. Jej dłonie lekko podskakują, ja wraz z nimi. Przestraszyliśmy się. Zaczyna obserwować mnie uważnie, marszczy brwi, a w moment jest już uśmiechnięta. – Cześć – szepta w moją stronę.
Wpatruję się w nią, przekręcając głowę w lewo.
Rzuca kamykiem w wodę. – Pięknie dziś na samotność.
Potwierdzam bezgłośnie, przekrzywiając głowę w prawo, tak widzę ją znacznie lepiej. Dłonie wolno odkładają książkę i sięgają do kieszeni. – Może słonecznika?
Widzę jej poruszające się usta, to z nich wydobywają się tak delikatne dźwięki? Podaje mi czarne ziarenka. Przyznaję, nieźle smaczne, zjadam je w chwilę. Rozlega się kołyszący śmiech. Co takiego śmiesznego zrobiłem? – Smakuje? To masz jeszcze.
Dostaję całą garść smakowitości. Zajadam, spoglądam na nią, patrzę na wodę i znów się zajadam. Ciemne oczy śledzą, jak mi idzie pożywianie, a nacieszone tym widokiem, wracają do lektury.
- Przeczytam Ci coś na głos, chcesz? – mówi to bez podnoszenia wzroku z nad książki.
- Chcę.
Zaskoczona, chyba tym, że się odezwałem, jej twarz zatrzymuje się na mej sylwetce.
- To oznaczało tak? Mam rozumieć?
Gdybym nie chciał, to czy mówiłbym “chcę”? Jak ona myśli, po co to powiedziałem?
Nie czeka na potwierdzenie, rozpoczyna czytać, nieśmiało i cicho z początku. Chyba jej nie onieśmielam? Słucham, głos jest coraz bardziej wyrazistszy i mocniejszy. Milknie, zamyka książkę, zamyśla się. Ja także to robię i kończę jeść słonecznik. Wciąż jest dobry.
Wolniutka dłoń zaczyna podążać ku mnie. Odruchowo odskakuję, nie lubię jak mnie ktoś dotyka.
Dłoń zawisa w powietrzu. – No chodź, nie bój się, mój gołąbku.
Mój gołąbku? Ładnie i tak spokojnie to powiedziała. Jej palce wachlują powietrze, przywołując mnie do siebie. Ponownie podsuwa mi parę ziaren słonecznika.
Skąd ona ich tyle ma?
Dotyk sprawia, iż mrużę oczy i przywieram do ziemi.
Zrywam, poczynam wzbijać się coraz wyżej, a jej smutne oczy odprowadzają mnie. “Mój Gołąbku”, to naprawdę piękne określenie i jest moje. W podzięce, robię kółeczko nad jej odchyloną głową. Zazwyczaj nazywają mnie “Przebrzydłym Ptaszyskiem”.
Czas wracać na poddasze.

Koniec.



 
COMMENTS


My rating

My rating: