słoneczna gałąź

author:  Janusz Pyziński
5.0/5 | 8


uparcie wchodzę przez sień lasu
w znajome krajobrazy kłosów
ziemia jak dawniej
pachnie słońcem i skoszoną trawą
z mojej pamięci rżyskiem odchodzi
wraca na mgnienie wiersz nieskończony
co w dół po świerkach spłynął niespodzianie

gdyby mógł wrócić w wieczór przedniedzielny
kawałkiem kory jak srebrny medalik
do piersi dzieciństwa młodzieńczych tęsknot
pod niebem wierzby iść z tobą
kamień po kamieniu cierń po cierniu
by zapomnieć że umarłaś dawno
matko ziemio o oczach Madonny
ze sczerniałej ikony ziarna
chroniącego brzemienność
gdy księżyc w kucki zmęczony
przysiadał na strzechach

teraz od zawsze już
moja dłoń w zaciśnięte palce
strzępki nieba chwyta
kiedy Pan Bóg po burzy przeprasza świat tęczą
nieme słowa skargi cisną się na usta
słowa niech będą wielkie jak ogień z kuźni
stojącej jeszcze nieopodal
z sumienia ściągający kamień złocistą strofą
natchnień jesiennych i skrzypieniem czasu
co corocznie powraca pod dom
jaskółczym szczebiotem

uparcie przychodzi niemodną nadzieją
ubraną w pąki bzów i jaśminów
myśl skrępowana w okowach dzwoniących
tęsknotą za matką z krzyżem na obu ramionach
na ramionach dźwigam cały ciężar świata
szukając długo siebie poza sobą
odchodzę w przestrzeń tworzącą
jedyną moją niepodległą
skibę na której wzrastam
przetrąconym kłosem
gałęzią słoneczną

Poem versions


 
COMMENTS


My rating

My rating:  

My rating

My rating:  

My rating

My rating:  

My rating

My rating:  

Moja ocena

Opowiadasz prostym słowem i subtelną metaforą Januszu. Twoje wiejskie pejzaże są urocze. Ten także.
My rating:  

My rating

My rating:  

My rating

My rating:  
06.11.2011,  renee

Moja ocena

pięknie...
My rating: