słoneczna gałąź
uparcie wchodzę przez sień lasu
w znajome krajobrazy kłosów
ziemia jak dawniej
pachnie słońcem i skoszoną trawą
z mojej pamięci rżyskiem odchodzi
wraca na mgnienie wiersz nieskończony
co w dół po świerkach spłynął niespodzianie
gdyby mógł wrócić w wieczór przedniedzielny
kawałkiem kory jak srebrny medalik
do piersi dzieciństwa młodzieńczych tęsknot
pod niebem wierzby iść z tobą
kamień po kamieniu cierń po cierniu
by zapomnieć że umarłaś dawno
matko ziemio o oczach Madonny
ze sczerniałej ikony ziarna
chroniącego brzemienność
gdy księżyc w kucki zmęczony
przysiadał na strzechach
teraz od zawsze już
moja dłoń w zaciśnięte palce
strzępki nieba chwyta
kiedy Pan Bóg po burzy przeprasza świat tęczą
nieme słowa skargi cisną się na usta
słowa niech będą wielkie jak ogień z kuźni
stojącej jeszcze nieopodal
z sumienia ściągający kamień złocistą strofą
natchnień jesiennych i skrzypieniem czasu
co corocznie powraca pod dom
jaskółczym szczebiotem
uparcie przychodzi niemodną nadzieją
ubraną w pąki bzów i jaśminów
myśl skrępowana w okowach dzwoniących
tęsknotą za matką z krzyżem na obu ramionach
na ramionach dźwigam cały ciężar świata
szukając długo siebie poza sobą
odchodzę w przestrzeń tworzącą
jedyną moją niepodległą
skibę na której wzrastam
przetrąconym kłosem
gałęzią słoneczną
w znajome krajobrazy kłosów
ziemia jak dawniej
pachnie słońcem i skoszoną trawą
z mojej pamięci rżyskiem odchodzi
wraca na mgnienie wiersz nieskończony
co w dół po świerkach spłynął niespodzianie
gdyby mógł wrócić w wieczór przedniedzielny
kawałkiem kory jak srebrny medalik
do piersi dzieciństwa młodzieńczych tęsknot
pod niebem wierzby iść z tobą
kamień po kamieniu cierń po cierniu
by zapomnieć że umarłaś dawno
matko ziemio o oczach Madonny
ze sczerniałej ikony ziarna
chroniącego brzemienność
gdy księżyc w kucki zmęczony
przysiadał na strzechach
teraz od zawsze już
moja dłoń w zaciśnięte palce
strzępki nieba chwyta
kiedy Pan Bóg po burzy przeprasza świat tęczą
nieme słowa skargi cisną się na usta
słowa niech będą wielkie jak ogień z kuźni
stojącej jeszcze nieopodal
z sumienia ściągający kamień złocistą strofą
natchnień jesiennych i skrzypieniem czasu
co corocznie powraca pod dom
jaskółczym szczebiotem
uparcie przychodzi niemodną nadzieją
ubraną w pąki bzów i jaśminów
myśl skrępowana w okowach dzwoniących
tęsknotą za matką z krzyżem na obu ramionach
na ramionach dźwigam cały ciężar świata
szukając długo siebie poza sobą
odchodzę w przestrzeń tworzącą
jedyną moją niepodległą
skibę na której wzrastam
przetrąconym kłosem
gałęzią słoneczną
Poem versions

My rating
My rating
My rating
My rating
Moja ocena
Opowiadasz prostym słowem i subtelną metaforą Januszu. Twoje wiejskie pejzaże są urocze. Ten także.My rating
My rating
Moja ocena
pięknie...