Dusza Miecza
Dziś opowiem wam historię człowieka, który był moim uczniem, i jego Ostatniej Bitwie. Zwał się Ny-Shu i nie znałem godnego mu przeciwnika.
Słowami pragnę oddać szacunek, jaki mu się należy, by w ten sposób pamięć o nim nie rozpłynęła się wraz z szeptem wiatru.
Drodzy poszukiwacze, którzy myślicie logicznie, przestańcie. Wy, którzy przestaliście, ponownie zacznijcie, opowieść już się zaczęła...
W naszym kraju istnieją dwa rodzaje rudy żelaza: ruda kopalna i „żelazny piasek”.
Żelazo płynące wraz z rwącymi, górskimi strumieniami, spływające ku dolinom, gdzie odkłada się zmieszane z piaskiem. Z tego żelaza tworzy się miecz. Samo jest zbyt kruche, by broń była mocna. Dodaje się więc węgiel drzewny - w ten sposób można uzyskać stal. Wykopuje się głęboką jamę, w której na przemian, warstwa po warstwie, układa się rudę żelaza i węgiel. Rozpala się ogień i w ten sposób wolno zaczyna powstawać stal.
Zajmuje to jeden cykl umierania i ponownych narodzin księżyca. W tym czasie ogień nie może zgasnąć, więc karmi się jego nienasycony żołądek, aż w podzięce odda doskonały metal.
Mistrz Duszy Miecza oczyszcza kuźnię, przeganiając w ten sposób złe duchy, by miecz, który powstanie, nie stał się złośliwy. Pomocnicy umieszczają kawałki metalu w piecu, a te łączą się w jedno. Wszyscy razem kują i kształtują ów metal bez końca. Kucie rozciąga płytkę stali, która jest zginana i ponownie przekuwana.
Na miecz potrzeba trzech jej rodzajów. Najtwardsza staje się krawędzią ostrza i taką stal składa się pięćdziesiąt razy. Miękka jest kręgosłupem miecza i nadaje mu elastyczność, by ostrze nie pękło- ta składana jest pięć razy.
Zapomniałbym... jest jeszcze średnio twarda, składana dziesięć razy, tworzy ona boki i grzbiet klingi. Mocna, aby znieść ciosy wroga, i wystarczająco elastyczna. Po długim szlifowaniu, skrobaniu i cyzelowaniu miecz jest już prawie gotowy.
Pozostaje sprawdzić wytrzymałość ostrza. Wtenczas Twórca miecza naciera klingę cieniutką warstwą gliny. Następnie, pogrążony w modlitwie, rozgrzewa ją ponownie... i zanurza w wodzie, hartując ją. Jeżeli wszystko zostało wykonane z uwagą, namaszczeniem, przepełnione modlitwą, powstaje Doskonałe Ostrze.
Dobrze dobrze, niecierpliwcy, zaraz poznacie i samego Ny-Shu. Znudzeni opowiadaniem? Już nie chcecie? Cóż, macie rację, jest wiele rzeczy, które można robić miast czytać bajki...
Wielu chciało kupić ów miecz. Zapamiętałem jedną z rozmów.
Wielkiego Mistrza odwiedził ponury szlachcic, weteran wielu bitew. Rzekł on:
– Ostrość Twoich kling słynie w całym kraju. Sprzedaj mi najlepszy ze swoich mieczy. Obiecuję, że zrobię z niego dobry użytek... Spadnie wiele głów, dzięki niemu - dodał, uśmiechając się.
Czoło mistrza zachmurzyło się i odrzekł:
- Jestem marnym rzemieślnikiem, nie tworzę narzędzi mordu, tylko Dusze Wojowników! Idź do handlarza i kup sobie nóż rzeźnicki!
Wojownik zerwał się z siedziska i odszedł obrażony.
Wielu jeszcze odprawiał Twórca Mieczy z kwitkiem...
Gdy nadszedł czas „śnieżnych lwów”, poznałem mojego Ucznia.
Deszczowego poranka zjawił się ojciec z synem. Przywitał miecznika ukłonem pełnym szacunku i rzekł:
- Dziękujemy za Twoją cierpliwość Panie. Mój syn kończy piętnaście lat, powoli staje się mężczyzną i szuka miecza, by móc stać się wojownikiem.
Mistrz zapytał:
- Jak się zwiesz chłopcze?
- Ny-Shu - odparł bezzwłocznie.
I tak oto poznałem jego imię.
Padło drugie pytanie z ust mistrza:
- A co powiesz na to, co rzekł ojciec Twój?
Ny, poważnie jak na swój wiek, odparł:
– Niedoświadczony jestem Panie, lecz uczynię wszystko, by być godnym miecza.
Mistrz uśmiechnął się uradowany.
W ten oto sposób Ny-Shu otrzymał klingę.
Ojciec wysłał go na nauki, by poznawał techniki władania bronią. Uczył go San-Kio, który rzadko kogo przyjmował do siebie...
Nie o treningu chcę jednak mówić tylko o Shu. Gdy przerósł San-Kio, ruszył w świat swą ścieżką, poznając i doskonaląc techniki władania mieczem. Spotykał podobnych mu szermierzy. Z niektórymi zmuszony był walczyć, inni zostali jego przyjaciółmi.
Tam gdzie zjawiał się Shu, zdobywał szacunek ludzi. Znana była wśród ludu jego dobroć i brak wzgardy dla niższych stanem. Miecza używał roztropnie i tylko w ostateczności. Wzbudzał trwogę wśród zbójców i ciemiężycieli. Biada temu, kto odważył się skrzywdzić niewinnych. Zawistni i pokonani nie raz nasyłali płatnych zabójców, zastawiali pułapki, by pozbawić go życia.
Wielokrotnie Ny był blisko śmierci i wyrywał się jej dzięki wprawnej ręce i doskonałej Duszy Miecza stworzonej przez Mistrza. Często zawdzięczał życie dobrotliwym ludziom, którzy pojawiali się niczym ręka Boga. Pewnego dnia spotkał mnicha...
A gdzie ta obiecana bitwa, pytacie? Rozgadałem się, przepraszam. Sami rozumiecie jak to jest wspominać przyjaciela. Łzy same napływają do oczu, a jedno wspomnienie przywołuje ich mrowie...
Bitwa... Tak straszna i okrutna. W imię czego, pytam się? Tak mało rozumiem z tego, co się wówczas działo. Kto walczył o słuszną sprawę? Czy to ważne, w tym chaosie walczących ludzi, padających ciał, krzyków rannych i umierających, wśród rozbryzgiwanej krwi, świstu strzał, krzyków przerażenia?
Ny-Shu, gdybyś wybrał wtedy inną drogę, nie stawał po żadnej ze stron, jeszcze wędrowalibyśmy razem. Tak tęsknię za uściskiem Twej dłoni, mój były uczniu.
Gdybyście widzieli, ilu chwalebnych czynów dokonał tamtego dnia. Był wspaniały, w zbroi, na swoim siwym rumaku. On to odbił sztandar, wyzwalając ducha walki wśród walczących u jego boku. Uratował życie księciu, któremu służył. Wsparty o jego plecy, chronił go zaciekle, tnąc i rąbiąc atakujących, aż nadeszła odsiecz. Wiele jeszcze chwalebnych czynów dokonał tego dnia... ale jakie to ma teraz znaczenie?
Niestety, ach jakże niestety, przeciwników było tak wielu. Niczym niezmierzone fale oceanu, połykali coraz rozpaczliwiej broniących się żołnierzy. Zadecydowano odwrót. Szyki załamały się i panika zasiała zamęt wśród ludzi, którzy poczęli uciekać na oślep. Ny-Shu porwał kulejącego towarzysza broni, usadził na siodle, a koń niósł ich w stronę lasu, jedynego wyjścia ze szponów śmierci. Strzała łucznika, po dziś dzień ją przeklinam. Świst i rżenie. Grot wbił się w bok galopującego konia i ten padł na ziemię, kończąc swój krótki żywot. Szczęściem jeźdźców, nic im się nie stało - wpadli na miękkie krzewy czerwonych jagód. Zerwali się, kontynuując rozpaczliwą ucieczkę. Dobiegali już do linii pierwszych drzew, gdy dopadła ich ścigająca grupa napastników. Tam rozegrała się nierówna walka. Ilu było wrogich żołnierzy? Rzeknę wam: nie wiem. Nie aż tylu, by Ny-Shu nie poradził sobie z nimi w innych okolicznościach. Jednakże był on przecież takim samym człowiekiem jak każdy z was, walka zmęczyła jego miękkie ruchy. Rany, które odniósł, sprawiały, iż nie władał mieczem już tak zdecydowanie.
Jego towarzysza dosięgła długa pika, wbijając się w jego wnętrzności. Gdy Shu ujrzał to, gniew rozniecony śmiercią druha zmienił się w szał. Siekał i dźgał, wbijał palce w oczy wrogów. Stał się niczym ranny niedźwiedź, który broni swego życia. Spychany, walczył wśród drzew, wykorzystując każdą zasłonę, by uniknąć śmiertelnego ciosu. Wycofując się, dotarł do skarpy, z której pewnego lata podziwialiśmy wschodzące słońce. Tam przyparty do nieistniejącej ściany powietrza, otrzymał cios mieczem prosto w pierś. Zachwiał się i stoczył po zboczu razem z liśćmi, ziemią i gałęziami.
Odgłosy walki umilkły wraz z czerwienią słońca. Zwycięzcy wiwatowali, czasem słychać było ostatnie tchnienia umierających.
Ny-Shu leżał zakrwawiony, oblepiony ziemią, w porozrywanej resztce zbroi, nadal ściskając miecz w dłoni. Tak wielką wolę walki posiadał...
Nie żył - jestem tego pewien - więc jak wytłumaczyć to, co stało się następnego dnia, rankiem?
O brzasku wyłoniła się z pomiędzy drzew, piękna i groźna. Skradała się, pewnie jeszcze wystraszona wczorajszą bitwą.
Słońce mieniło się miedzią na jej futrze, a czerń tylko podkreślała, jak była niebezpieczna. Tygrysica - nigdy nie widziałem tak pięknego zwierzęcia i tak majestatycznego jak ona. Wolno zbliżała się do martwego Shu. Chciałem krzyczeć, przegonić ją, nie mogłem pozwolić, by jego ciało rozszarpane zostało przez jej kły.
I wtedy on poruszył się. Tygrysica przystanęła, jakby lekko zdziwiona. Poruszył się raz jeszcze, a potem z ogromnym wysiłkiem powstał. Krew kapała z dłoni, w której trzymał miecz. Tak wielka była siła jego ducha. Strzegła go przed niebezpieczeństwem, nawet gdy śmierć go dosięgła. Mój ukochany uczeń...
Zwierzę, widząc gotowego do walki człowieka, zamruczało groźnie. Ogon począł bić ziemię. Wiem, że Ny wygrałby, mimo opuszczających go sił i uchodzącego tchnienia życia.
Tego dnia Ny-Shu przestał być moim uczniem, przerósł mnie swą mądrością...
Spojrzał w kierunku trzęsących się krzaków widocznych za nadchodzącą tygrysicą i ujrzał w gąszczu dwa malutkie tygryski.
Wyprostował się i opuścił klingę, zaciśnięte usta zwiotczały i pojawił się na nich lekki uśmiech. Osunął się na kolana, patrząc na spokojnie czekającego drapieżnika. Wolnym ruchem schował miecz do pochwy, odprowadzając niknące ostrze wzrokiem. Odłożył broń na ziemię i spojrzał w zielone oczy.
Tygrysica ukłoniła się...
Oto historia ostatniej bitwy największego Wojownika, jakiego kiedykolwiek spotkałem.
I może zapyta ktoś, kim ja jestem, skoro tyle wiem o Ny-Shu?
Wiedzący poznali tę prawdę bez słuchania mnie, uważni wiedzieli na samym początku tej historii, niektórzy domyślili się, gdy snułem mą opowieść.
A Ty poznasz ją teraz.
Jestem Duszą Miecza.
Dziękuję Stanowi Sakai, za jego komiks „Usagi Yojimbo”, dzięki temu dowiedziałem się jak powstaje samurajski miecz i co to jest Dusza Samuraja.
Słowami pragnę oddać szacunek, jaki mu się należy, by w ten sposób pamięć o nim nie rozpłynęła się wraz z szeptem wiatru.
Drodzy poszukiwacze, którzy myślicie logicznie, przestańcie. Wy, którzy przestaliście, ponownie zacznijcie, opowieść już się zaczęła...
W naszym kraju istnieją dwa rodzaje rudy żelaza: ruda kopalna i „żelazny piasek”.
Żelazo płynące wraz z rwącymi, górskimi strumieniami, spływające ku dolinom, gdzie odkłada się zmieszane z piaskiem. Z tego żelaza tworzy się miecz. Samo jest zbyt kruche, by broń była mocna. Dodaje się więc węgiel drzewny - w ten sposób można uzyskać stal. Wykopuje się głęboką jamę, w której na przemian, warstwa po warstwie, układa się rudę żelaza i węgiel. Rozpala się ogień i w ten sposób wolno zaczyna powstawać stal.
Zajmuje to jeden cykl umierania i ponownych narodzin księżyca. W tym czasie ogień nie może zgasnąć, więc karmi się jego nienasycony żołądek, aż w podzięce odda doskonały metal.
Mistrz Duszy Miecza oczyszcza kuźnię, przeganiając w ten sposób złe duchy, by miecz, który powstanie, nie stał się złośliwy. Pomocnicy umieszczają kawałki metalu w piecu, a te łączą się w jedno. Wszyscy razem kują i kształtują ów metal bez końca. Kucie rozciąga płytkę stali, która jest zginana i ponownie przekuwana.
Na miecz potrzeba trzech jej rodzajów. Najtwardsza staje się krawędzią ostrza i taką stal składa się pięćdziesiąt razy. Miękka jest kręgosłupem miecza i nadaje mu elastyczność, by ostrze nie pękło- ta składana jest pięć razy.
Zapomniałbym... jest jeszcze średnio twarda, składana dziesięć razy, tworzy ona boki i grzbiet klingi. Mocna, aby znieść ciosy wroga, i wystarczająco elastyczna. Po długim szlifowaniu, skrobaniu i cyzelowaniu miecz jest już prawie gotowy.
Pozostaje sprawdzić wytrzymałość ostrza. Wtenczas Twórca miecza naciera klingę cieniutką warstwą gliny. Następnie, pogrążony w modlitwie, rozgrzewa ją ponownie... i zanurza w wodzie, hartując ją. Jeżeli wszystko zostało wykonane z uwagą, namaszczeniem, przepełnione modlitwą, powstaje Doskonałe Ostrze.
Dobrze dobrze, niecierpliwcy, zaraz poznacie i samego Ny-Shu. Znudzeni opowiadaniem? Już nie chcecie? Cóż, macie rację, jest wiele rzeczy, które można robić miast czytać bajki...
Wielu chciało kupić ów miecz. Zapamiętałem jedną z rozmów.
Wielkiego Mistrza odwiedził ponury szlachcic, weteran wielu bitew. Rzekł on:
– Ostrość Twoich kling słynie w całym kraju. Sprzedaj mi najlepszy ze swoich mieczy. Obiecuję, że zrobię z niego dobry użytek... Spadnie wiele głów, dzięki niemu - dodał, uśmiechając się.
Czoło mistrza zachmurzyło się i odrzekł:
- Jestem marnym rzemieślnikiem, nie tworzę narzędzi mordu, tylko Dusze Wojowników! Idź do handlarza i kup sobie nóż rzeźnicki!
Wojownik zerwał się z siedziska i odszedł obrażony.
Wielu jeszcze odprawiał Twórca Mieczy z kwitkiem...
Gdy nadszedł czas „śnieżnych lwów”, poznałem mojego Ucznia.
Deszczowego poranka zjawił się ojciec z synem. Przywitał miecznika ukłonem pełnym szacunku i rzekł:
- Dziękujemy za Twoją cierpliwość Panie. Mój syn kończy piętnaście lat, powoli staje się mężczyzną i szuka miecza, by móc stać się wojownikiem.
Mistrz zapytał:
- Jak się zwiesz chłopcze?
- Ny-Shu - odparł bezzwłocznie.
I tak oto poznałem jego imię.
Padło drugie pytanie z ust mistrza:
- A co powiesz na to, co rzekł ojciec Twój?
Ny, poważnie jak na swój wiek, odparł:
– Niedoświadczony jestem Panie, lecz uczynię wszystko, by być godnym miecza.
Mistrz uśmiechnął się uradowany.
W ten oto sposób Ny-Shu otrzymał klingę.
Ojciec wysłał go na nauki, by poznawał techniki władania bronią. Uczył go San-Kio, który rzadko kogo przyjmował do siebie...
Nie o treningu chcę jednak mówić tylko o Shu. Gdy przerósł San-Kio, ruszył w świat swą ścieżką, poznając i doskonaląc techniki władania mieczem. Spotykał podobnych mu szermierzy. Z niektórymi zmuszony był walczyć, inni zostali jego przyjaciółmi.
Tam gdzie zjawiał się Shu, zdobywał szacunek ludzi. Znana była wśród ludu jego dobroć i brak wzgardy dla niższych stanem. Miecza używał roztropnie i tylko w ostateczności. Wzbudzał trwogę wśród zbójców i ciemiężycieli. Biada temu, kto odważył się skrzywdzić niewinnych. Zawistni i pokonani nie raz nasyłali płatnych zabójców, zastawiali pułapki, by pozbawić go życia.
Wielokrotnie Ny był blisko śmierci i wyrywał się jej dzięki wprawnej ręce i doskonałej Duszy Miecza stworzonej przez Mistrza. Często zawdzięczał życie dobrotliwym ludziom, którzy pojawiali się niczym ręka Boga. Pewnego dnia spotkał mnicha...
A gdzie ta obiecana bitwa, pytacie? Rozgadałem się, przepraszam. Sami rozumiecie jak to jest wspominać przyjaciela. Łzy same napływają do oczu, a jedno wspomnienie przywołuje ich mrowie...
Bitwa... Tak straszna i okrutna. W imię czego, pytam się? Tak mało rozumiem z tego, co się wówczas działo. Kto walczył o słuszną sprawę? Czy to ważne, w tym chaosie walczących ludzi, padających ciał, krzyków rannych i umierających, wśród rozbryzgiwanej krwi, świstu strzał, krzyków przerażenia?
Ny-Shu, gdybyś wybrał wtedy inną drogę, nie stawał po żadnej ze stron, jeszcze wędrowalibyśmy razem. Tak tęsknię za uściskiem Twej dłoni, mój były uczniu.
Gdybyście widzieli, ilu chwalebnych czynów dokonał tamtego dnia. Był wspaniały, w zbroi, na swoim siwym rumaku. On to odbił sztandar, wyzwalając ducha walki wśród walczących u jego boku. Uratował życie księciu, któremu służył. Wsparty o jego plecy, chronił go zaciekle, tnąc i rąbiąc atakujących, aż nadeszła odsiecz. Wiele jeszcze chwalebnych czynów dokonał tego dnia... ale jakie to ma teraz znaczenie?
Niestety, ach jakże niestety, przeciwników było tak wielu. Niczym niezmierzone fale oceanu, połykali coraz rozpaczliwiej broniących się żołnierzy. Zadecydowano odwrót. Szyki załamały się i panika zasiała zamęt wśród ludzi, którzy poczęli uciekać na oślep. Ny-Shu porwał kulejącego towarzysza broni, usadził na siodle, a koń niósł ich w stronę lasu, jedynego wyjścia ze szponów śmierci. Strzała łucznika, po dziś dzień ją przeklinam. Świst i rżenie. Grot wbił się w bok galopującego konia i ten padł na ziemię, kończąc swój krótki żywot. Szczęściem jeźdźców, nic im się nie stało - wpadli na miękkie krzewy czerwonych jagód. Zerwali się, kontynuując rozpaczliwą ucieczkę. Dobiegali już do linii pierwszych drzew, gdy dopadła ich ścigająca grupa napastników. Tam rozegrała się nierówna walka. Ilu było wrogich żołnierzy? Rzeknę wam: nie wiem. Nie aż tylu, by Ny-Shu nie poradził sobie z nimi w innych okolicznościach. Jednakże był on przecież takim samym człowiekiem jak każdy z was, walka zmęczyła jego miękkie ruchy. Rany, które odniósł, sprawiały, iż nie władał mieczem już tak zdecydowanie.
Jego towarzysza dosięgła długa pika, wbijając się w jego wnętrzności. Gdy Shu ujrzał to, gniew rozniecony śmiercią druha zmienił się w szał. Siekał i dźgał, wbijał palce w oczy wrogów. Stał się niczym ranny niedźwiedź, który broni swego życia. Spychany, walczył wśród drzew, wykorzystując każdą zasłonę, by uniknąć śmiertelnego ciosu. Wycofując się, dotarł do skarpy, z której pewnego lata podziwialiśmy wschodzące słońce. Tam przyparty do nieistniejącej ściany powietrza, otrzymał cios mieczem prosto w pierś. Zachwiał się i stoczył po zboczu razem z liśćmi, ziemią i gałęziami.
Odgłosy walki umilkły wraz z czerwienią słońca. Zwycięzcy wiwatowali, czasem słychać było ostatnie tchnienia umierających.
Ny-Shu leżał zakrwawiony, oblepiony ziemią, w porozrywanej resztce zbroi, nadal ściskając miecz w dłoni. Tak wielką wolę walki posiadał...
Nie żył - jestem tego pewien - więc jak wytłumaczyć to, co stało się następnego dnia, rankiem?
O brzasku wyłoniła się z pomiędzy drzew, piękna i groźna. Skradała się, pewnie jeszcze wystraszona wczorajszą bitwą.
Słońce mieniło się miedzią na jej futrze, a czerń tylko podkreślała, jak była niebezpieczna. Tygrysica - nigdy nie widziałem tak pięknego zwierzęcia i tak majestatycznego jak ona. Wolno zbliżała się do martwego Shu. Chciałem krzyczeć, przegonić ją, nie mogłem pozwolić, by jego ciało rozszarpane zostało przez jej kły.
I wtedy on poruszył się. Tygrysica przystanęła, jakby lekko zdziwiona. Poruszył się raz jeszcze, a potem z ogromnym wysiłkiem powstał. Krew kapała z dłoni, w której trzymał miecz. Tak wielka była siła jego ducha. Strzegła go przed niebezpieczeństwem, nawet gdy śmierć go dosięgła. Mój ukochany uczeń...
Zwierzę, widząc gotowego do walki człowieka, zamruczało groźnie. Ogon począł bić ziemię. Wiem, że Ny wygrałby, mimo opuszczających go sił i uchodzącego tchnienia życia.
Tego dnia Ny-Shu przestał być moim uczniem, przerósł mnie swą mądrością...
Spojrzał w kierunku trzęsących się krzaków widocznych za nadchodzącą tygrysicą i ujrzał w gąszczu dwa malutkie tygryski.
Wyprostował się i opuścił klingę, zaciśnięte usta zwiotczały i pojawił się na nich lekki uśmiech. Osunął się na kolana, patrząc na spokojnie czekającego drapieżnika. Wolnym ruchem schował miecz do pochwy, odprowadzając niknące ostrze wzrokiem. Odłożył broń na ziemię i spojrzał w zielone oczy.
Tygrysica ukłoniła się...
Oto historia ostatniej bitwy największego Wojownika, jakiego kiedykolwiek spotkałem.
I może zapyta ktoś, kim ja jestem, skoro tyle wiem o Ny-Shu?
Wiedzący poznali tę prawdę bez słuchania mnie, uważni wiedzieli na samym początku tej historii, niektórzy domyślili się, gdy snułem mą opowieść.
A Ty poznasz ją teraz.
Jestem Duszą Miecza.
Dziękuję Stanowi Sakai, za jego komiks „Usagi Yojimbo”, dzięki temu dowiedziałem się jak powstaje samurajski miecz i co to jest Dusza Samuraja.

My rating
My rating