jaskółka
Siedziało na krawędzi, małe i spięte,
patrząc w otchłań poniżej
Pióra pachniały jeszcze skorupą i świeżym puchem,
a ciężar ziemi był większy niż lekkość nieba.
„Nie mam w sobie powietrza” – powtarzało w przerażeniu,
zaciskając pazurki na splecionych gałązkach gniazda,
jakby drewno było jedyną rzeczą, która trzyma je przy życiu.
Matka nie słuchała modlitw o zwłokę.
Widziała demon strachu, który opętał grzbiet
i związał małe skrzydełka przekonaniem.
Rytuał ocalenia wymagał bezwzględności.
Rozpostarła czarne skrzydła jak pelerynę.
Dziobem, cichym i ostrym jak rytualny nóż,
przecięła więź z bezpiecznym drewnem.
"Wyjdź z niego, duchu ciężaru. Vade retro, ziemio."
Pchnięcie było fizyczne, pozbawione gniewu i litości.
Gniazdo opróżniło się.
Świat runął w górę, powietrze buchnęło w oczy jak zimne kadzidło,
a przepaść otworzyła gardło, by połknąć małe ciało.
Spadało.
Zło grawitacji ciągnęło je na dno,
żądając ostatecznej ofiary z kości i krwi.
Ale w głębi tego spadania, w najczystszym punkcie przerażenia,
opętanie pękło.
Skrzydła – dotąd martwe, obce prostokąty z piór –
rozpostarły się same.
Nie z wiedzy, lecz z czystego aktu odrzucenia śmierci.
Wiatr wdarł się pod ramiona,
zmywając ostatni lęk przed upadkiem.
Egzorcyzm się dopełnił.
Cień ziemi opuścił ciało,
a to, co uważało się za kamień,
stało się lotem.
patrząc w otchłań poniżej
Pióra pachniały jeszcze skorupą i świeżym puchem,
a ciężar ziemi był większy niż lekkość nieba.
„Nie mam w sobie powietrza” – powtarzało w przerażeniu,
zaciskając pazurki na splecionych gałązkach gniazda,
jakby drewno było jedyną rzeczą, która trzyma je przy życiu.
Matka nie słuchała modlitw o zwłokę.
Widziała demon strachu, który opętał grzbiet
i związał małe skrzydełka przekonaniem.
Rytuał ocalenia wymagał bezwzględności.
Rozpostarła czarne skrzydła jak pelerynę.
Dziobem, cichym i ostrym jak rytualny nóż,
przecięła więź z bezpiecznym drewnem.
"Wyjdź z niego, duchu ciężaru. Vade retro, ziemio."
Pchnięcie było fizyczne, pozbawione gniewu i litości.
Gniazdo opróżniło się.
Świat runął w górę, powietrze buchnęło w oczy jak zimne kadzidło,
a przepaść otworzyła gardło, by połknąć małe ciało.
Spadało.
Zło grawitacji ciągnęło je na dno,
żądając ostatecznej ofiary z kości i krwi.
Ale w głębi tego spadania, w najczystszym punkcie przerażenia,
opętanie pękło.
Skrzydła – dotąd martwe, obce prostokąty z piór –
rozpostarły się same.
Nie z wiedzy, lecz z czystego aktu odrzucenia śmierci.
Wiatr wdarł się pod ramiona,
zmywając ostatni lęk przed upadkiem.
Egzorcyzm się dopełnił.
Cień ziemi opuścił ciało,
a to, co uważało się za kamień,
stało się lotem.

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating