Doliny dwie
Wschody słońca
W dolinie ojców
Naglenia ciszy
W dolinie matek
Na kalce szpetnej wysłanej dawno
wydawać się by mogło
bo gromy z ambon naciskiem dosyć
By dzień zagubić przed haustem nocy
rysują adres
Dla zimnej śliny
Skamieniałej w gardle
Nadzieja błyskotliwa
Na dzień, na amen zagłusza serca
I patrzy pająk w objęcia sieci
Własnego domu front z przestrachem
Wzbudzając lęki, by móc uwierzyć
Nadzieja sprawiedliwa
Na okrak wozów stojących w rzędy
Przerzuca koniom zady
Pulsując w skroniach
do nie pojęcia
toczy na górę kamień
wiara co cnotą tu nazywana
grzechem jest nie do wyklęcia
klękną nad grobem
i pod zmysłami
spróbują może zaznać
gdy w źrenic odmęt
zajrzy przeżarta
troską o uwierzonych
niewiarygodna kara
fraszki w powietrzu
i brak spojrzenia
bo wzrok zabiła już całkiem dawno
stąd może ślepą jest nazywana
miłość sprzedana na targu
Zachody cienia
W dolinie ojców
Kary westchnienia
W dolinie matek
Zawód nad rzeką płynących treści
Wybrawszy z kory dziurawy statek
Rzucam na tonie i z liścia żagiel
Daję, co na pokładzie się nie mieści
Rzucane nisko na czoła skromne
Cienie poprzednich wygibasów
Języka w gębie w kieszeni dłuta
I w oczach wzbudzenia poczucia żalu
Zbyt wielki pomruk
W dolinie ojców
I głucha cisza
W dolinie matek
Ja w górze dzieci
Niosących spadek
Dostrzegam poblask trójkątnego oka
Nadziane skwarem
Dają widelcem
O zaostrzonych bryłach
Powietrze dla nas
Dzieci z przestrachem
Chowanych po zapadlinach
W obu dolinach
gdy głucha mina
Zniknie ulgą przed gniewem
Którego fabryk komicznym gestem
Z niewiar i strachów lepią jak garnki
Płacz lęgnie cichy
I gardła ucisk
Wybór nasz nazbyt zuchwały
Obrazów święci
I święci kaplic
Wśród świętych drzew i krzaków
Łypiąc spod drzewin
Kosą szargani przez wiatry nasyłane
Oblegną hale i w rogi zadmą
Obelgą ciskaną od słowa
I trójkąt grani z okiem w granicie
Nic nie spotykanym marem
Nazwą bo dziejów skarbów i żmij
Połacie leżą nad garbem
W dolinie ojców
W dolinie matek
Ruiny leżą
Upstrzone karą
W dolinie ojców
Naglenia ciszy
W dolinie matek
Na kalce szpetnej wysłanej dawno
wydawać się by mogło
bo gromy z ambon naciskiem dosyć
By dzień zagubić przed haustem nocy
rysują adres
Dla zimnej śliny
Skamieniałej w gardle
Nadzieja błyskotliwa
Na dzień, na amen zagłusza serca
I patrzy pająk w objęcia sieci
Własnego domu front z przestrachem
Wzbudzając lęki, by móc uwierzyć
Nadzieja sprawiedliwa
Na okrak wozów stojących w rzędy
Przerzuca koniom zady
Pulsując w skroniach
do nie pojęcia
toczy na górę kamień
wiara co cnotą tu nazywana
grzechem jest nie do wyklęcia
klękną nad grobem
i pod zmysłami
spróbują może zaznać
gdy w źrenic odmęt
zajrzy przeżarta
troską o uwierzonych
niewiarygodna kara
fraszki w powietrzu
i brak spojrzenia
bo wzrok zabiła już całkiem dawno
stąd może ślepą jest nazywana
miłość sprzedana na targu
Zachody cienia
W dolinie ojców
Kary westchnienia
W dolinie matek
Zawód nad rzeką płynących treści
Wybrawszy z kory dziurawy statek
Rzucam na tonie i z liścia żagiel
Daję, co na pokładzie się nie mieści
Rzucane nisko na czoła skromne
Cienie poprzednich wygibasów
Języka w gębie w kieszeni dłuta
I w oczach wzbudzenia poczucia żalu
Zbyt wielki pomruk
W dolinie ojców
I głucha cisza
W dolinie matek
Ja w górze dzieci
Niosących spadek
Dostrzegam poblask trójkątnego oka
Nadziane skwarem
Dają widelcem
O zaostrzonych bryłach
Powietrze dla nas
Dzieci z przestrachem
Chowanych po zapadlinach
W obu dolinach
gdy głucha mina
Zniknie ulgą przed gniewem
Którego fabryk komicznym gestem
Z niewiar i strachów lepią jak garnki
Płacz lęgnie cichy
I gardła ucisk
Wybór nasz nazbyt zuchwały
Obrazów święci
I święci kaplic
Wśród świętych drzew i krzaków
Łypiąc spod drzewin
Kosą szargani przez wiatry nasyłane
Oblegną hale i w rogi zadmą
Obelgą ciskaną od słowa
I trójkąt grani z okiem w granicie
Nic nie spotykanym marem
Nazwą bo dziejów skarbów i żmij
Połacie leżą nad garbem
W dolinie ojców
W dolinie matek
Ruiny leżą
Upstrzone karą

Moja ocena
pierwsza strofa [refren zarazem] obiecuje symboliczną symetriępotem za dużo zbyt chaotycznie w wierszu się dzieje
wysyp metafor z różnych parafii nie sprzyja kompozycji oraz wymowie strof