Przekonanie
gdybym zamknęła światło w szufladzie
z pamiątkami szkiełkami fotografiami
trumnami wspomnień
zdarła z siebie wszystkie cienie wplątane w chwile
gdybym potarła wieko oko pojemne
i przesunęła światło asem z rękawa
przeszkodę należy omamić duchem czasu
z ostateczności wyciągniętym ramieniem
jednym gestem sypnęła na półkę drogowskaz
z napisem dzienne sprawy komercyjne
czy urodziłabym się na nowo i równie bezskutecznie
z kołyską chleba i zakwasu w związku
z głową pełną słońca i księżyca
mogę podać kilka przyczyn nadmiaru
każda będzie zawierała kęs prawdy
skibę nadpalonych pięt
od niej idą odnogi w szeregu
chwil godzin miesięcy żeglownych dekad żył
krzyk przyłapany na gorącym uczynku
był tym pierwszym
który zbiegł z toru ściegu na okrętkę
potem pojawiła się rozpacz
czerwona róża skaleczona na dodatek krwią
sól płynąca z palca zaciśniętego w kciuk
chwila doniosła kilka atrybutów
repetowała z kamieniem u szyi
powtarzała rok w rok jak echo
przebieg i krok naprzód powiła
potem okryła ziemią po kolei po porządku
wciąż wrzucam do mózgu jakąś literę
ona wyżera neurony przeskakując
z jednej synapsy do drugiej
wżera się jak detergent
wprowadza czystkę
potem cichnie
w labiryncie rzeki wieczorny szum
zobaczyłam rękę w nowym wydaniu
jej pomarszczona okładka
nie przepowiadała przyszłości
patrząc na nią codzienne
obmywam jej ciało
codziennie wydaje się taka sama
więc szybko wydaję się
za laboratorium życia
przeciek oceanów
za mąż ukrycie ścian przymiarki
z dziejami kilkudziesięciu lat
zaobrączkowana jak noga ptaka
stopiona w przestrzeni
nie znając godziny odjazdu
chcąc nie chcąc dążę na pociąg
pastwiska pastwią się nade mną
wokół mojej głowy patrzą wszędzie oczy
ptaków much żab korzeni
pojedynczą kroplą spadającą z drzewa
ścieżka otwiera światło zamyka trzeszczy
morze liści falami po niebie
to co miało skonać wyprzesz na przód
skonało w bólach przesz naprzód
urodziłam się sama i bez związku z głową
pełną pcheł księżyca i słońca
ludzie lubią różne opowieści
Maria Jolanta Fraszewska
z pamiątkami szkiełkami fotografiami
trumnami wspomnień
zdarła z siebie wszystkie cienie wplątane w chwile
gdybym potarła wieko oko pojemne
i przesunęła światło asem z rękawa
przeszkodę należy omamić duchem czasu
z ostateczności wyciągniętym ramieniem
jednym gestem sypnęła na półkę drogowskaz
z napisem dzienne sprawy komercyjne
czy urodziłabym się na nowo i równie bezskutecznie
z kołyską chleba i zakwasu w związku
z głową pełną słońca i księżyca
mogę podać kilka przyczyn nadmiaru
każda będzie zawierała kęs prawdy
skibę nadpalonych pięt
od niej idą odnogi w szeregu
chwil godzin miesięcy żeglownych dekad żył
krzyk przyłapany na gorącym uczynku
był tym pierwszym
który zbiegł z toru ściegu na okrętkę
potem pojawiła się rozpacz
czerwona róża skaleczona na dodatek krwią
sól płynąca z palca zaciśniętego w kciuk
chwila doniosła kilka atrybutów
repetowała z kamieniem u szyi
powtarzała rok w rok jak echo
przebieg i krok naprzód powiła
potem okryła ziemią po kolei po porządku
wciąż wrzucam do mózgu jakąś literę
ona wyżera neurony przeskakując
z jednej synapsy do drugiej
wżera się jak detergent
wprowadza czystkę
potem cichnie
w labiryncie rzeki wieczorny szum
zobaczyłam rękę w nowym wydaniu
jej pomarszczona okładka
nie przepowiadała przyszłości
patrząc na nią codzienne
obmywam jej ciało
codziennie wydaje się taka sama
więc szybko wydaję się
za laboratorium życia
przeciek oceanów
za mąż ukrycie ścian przymiarki
z dziejami kilkudziesięciu lat
zaobrączkowana jak noga ptaka
stopiona w przestrzeni
nie znając godziny odjazdu
chcąc nie chcąc dążę na pociąg
pastwiska pastwią się nade mną
wokół mojej głowy patrzą wszędzie oczy
ptaków much żab korzeni
pojedynczą kroplą spadającą z drzewa
ścieżka otwiera światło zamyka trzeszczy
morze liści falami po niebie
to co miało skonać wyprzesz na przód
skonało w bólach przesz naprzód
urodziłam się sama i bez związku z głową
pełną pcheł księżyca i słońca
ludzie lubią różne opowieści
Maria Jolanta Fraszewska

My rating
My rating
My rating
My rating