Testament | version: 29.10.2012 15:54
Nie niebo mi pisane lecz ta ciemniejsza strona pośmiertnego życia
Patrzę jak zegar powoli odmierza ostatnie sekundy mojego istnienia
Gdy po raz kolejny zawraca wahadło próbuję powstrzymać się od wycia
Czuję jak powoli tchu mnie pozbawia klątwa posiadana od urodzenia
Nie mojej matki była to wina ni mojego ojca, nie wiedzieli
I ja też nie wiedziałem że przyjdzie mi przejść przez czas tak krótki
Krzyk cichy wydobywa się jednak na myśl tą z mej gardzieli
Moje życie porównać można do tego które wiedzie chrząszcz malutki
Zasiadający na dębię, posadzonym rękami Ojca, wieki temu
Zieleniące się liście jego wspominam dobrze nawet w tej tragicznej chwili
Wszystko to opowiedzieć chciałbym, nie mam jednak komu
Przelewam słowa na papier dla tych którzy po mnie będą żyli
Przetrwają, tak jak dąb, wiem że jest on wieczny i nie przeminie
Jak słońce nie zgaśnie, morze nie wyschnie tak i on będzie rósł dalej
Lecz dla kogo? Po co mu rosnąć jest skoro nie dla mnie?
Możliwe jest oczywiście, że nadejdzie po mnie czyjaś kolej
By skryć się przed deszczem pod rozłożystymi gałęziami
Osłaniającymi jak parasol, spod którego można podziwiać krople deszczu
Przesiąkające następnie pomiędzy rozrzuconymi dookoła kamieniami
Nagrobki, marmurowe kamienie rozsiane w traw gąszczu
Na nie tylko pada deszcz, ich celem stają się krople wszelkie
I ja także znajdę się na trasie kropel, niedługo, zbyt szybko
A przecież w mym umyśle zrodzone plany tak wielkie
Nie zrealizowane, nic po mnie nie zostanie, może tylko
List nieszczęśnika, okrutnie wydrwionego przez los
O drzewach, testament bez ostatniej woli w nim zawartej
Spisany przez człowieka który wie że nigdzie nie dotrze jego głos
Który wolałby do nieba niż do piekła iść raczej
Patrzę jak zegar powoli odmierza ostatnie sekundy mojego istnienia
Gdy po raz kolejny zawraca wahadło próbuję powstrzymać się od wycia
Czuję jak powoli tchu mnie pozbawia klątwa posiadana od urodzenia
Nie mojej matki była to wina ni mojego ojca, nie wiedzieli
I ja też nie wiedziałem że przyjdzie mi przejść przez czas tak krótki
Krzyk cichy wydobywa się jednak na myśl tą z mej gardzieli
Moje życie porównać można do tego które wiedzie chrząszcz malutki
Zasiadający na dębię, posadzonym rękami Ojca, wieki temu
Zieleniące się liście jego wspominam dobrze nawet w tej tragicznej chwili
Wszystko to opowiedzieć chciałbym, nie mam jednak komu
Przelewam słowa na papier dla tych którzy po mnie będą żyli
Przetrwają, tak jak dąb, wiem że jest on wieczny i nie przeminie
Jak słońce nie zgaśnie, morze nie wyschnie tak i on będzie rósł dalej
Lecz dla kogo? Po co mu rosnąć jest skoro nie dla mnie?
Możliwe jest oczywiście, że nadejdzie po mnie czyjaś kolej
By skryć się przed deszczem pod rozłożystymi gałęziami
Osłaniającymi jak parasol, spod którego można podziwiać krople deszczu
Przesiąkające następnie pomiędzy rozrzuconymi dookoła kamieniami
Nagrobki, marmurowe kamienie rozsiane w traw gąszczu
Na nie tylko pada deszcz, ich celem stają się krople wszelkie
I ja także znajdę się na trasie kropel, niedługo, zbyt szybko
A przecież w mym umyśle zrodzone plany tak wielkie
Nie zrealizowane, nic po mnie nie zostanie, może tylko
List nieszczęśnika, okrutnie wydrwionego przez los
O drzewach, testament bez ostatniej woli w nim zawartej
Spisany przez człowieka który wie że nigdzie nie dotrze jego głos
Który wolałby do nieba niż do piekła iść raczej
Poem versions
- 29.10.2012 15:56
- 29.10.2012 15:54

My rating