Kiedyś, zimą... | version: 28.04.2020 19:44
Schody pachniały terpentyną.
Rankiem ledwie rozpoznawalne
ślady pierwszych stóp.
Tych, którzy przyszli pierwsi.
W zaułkach
między tajemniczymi przejściami
siedzieli cicho i niewidzialnie
jacyś.
"hellou" pozdrawiałam,
a oni błyskali rozzłoszczonymi
białkami oczu,
- nie widzisz, że mnie tu nie ma ?
Kiedyś, zimą
musiałam zawrócić
i przejść pełnymi ciepłego mroku
korytarzami.
Olrzymie shody,
olbrzymia choinka,
dyskretne światełka odmawiały brewiarze,
śledząc mnie przyjaźnie i mimo woli.
Ach, to było ostatni raz,
gdy widziałam was
moi kochani,
ostatni raz.
Cichutko płonęły moje lampy Alladyna,
jak zawsze dyskretnie.
Kochali mnie,
naprawdę.
Rankiem ledwie rozpoznawalne
ślady pierwszych stóp.
Tych, którzy przyszli pierwsi.
W zaułkach
między tajemniczymi przejściami
siedzieli cicho i niewidzialnie
jacyś.
"hellou" pozdrawiałam,
a oni błyskali rozzłoszczonymi
białkami oczu,
- nie widzisz, że mnie tu nie ma ?
Kiedyś, zimą
musiałam zawrócić
i przejść pełnymi ciepłego mroku
korytarzami.
Olrzymie shody,
olbrzymia choinka,
dyskretne światełka odmawiały brewiarze,
śledząc mnie przyjaźnie i mimo woli.
Ach, to było ostatni raz,
gdy widziałam was
moi kochani,
ostatni raz.
Cichutko płonęły moje lampy Alladyna,
jak zawsze dyskretnie.
Kochali mnie,
naprawdę.
Poem versions

My rating
My rating
My rating