Vanitas vanitatum
Dzień niczym popiół opadł na miasto
szarugą zimnego ranka,
na wpół wilgotną, wpół mroźną mgłą.
Niezdarny koncert wilgi niesie się w przestrzeń
poszarpaną nagimi palcami gałęzi.
Samochód, pokutnik na kołach, przymrużył światło i sunie
przez pluchę, przez chłód, w niewiadomym celu.
I dziury w jezdni rosną w niezgłębione przepaście.
Marność nad marnościami? Owszem,
ale możemy przecież w marności tej się odnaleźć,
to znaczy mówić o wielkim szczęściu.
szarugą zimnego ranka,
na wpół wilgotną, wpół mroźną mgłą.
Niezdarny koncert wilgi niesie się w przestrzeń
poszarpaną nagimi palcami gałęzi.
Samochód, pokutnik na kołach, przymrużył światło i sunie
przez pluchę, przez chłód, w niewiadomym celu.
I dziury w jezdni rosną w niezgłębione przepaście.
Marność nad marnościami? Owszem,
ale możemy przecież w marności tej się odnaleźć,
to znaczy mówić o wielkim szczęściu.

My rating
My rating
My rating