MEMENTO DIEM
Dzień przeczuwa chwilę swojej śmierci.
Przed zmierzchem jeszcze ostatni raz tańczy
wśród rudych traw, jak poranek.
Po chwili jednak, zmęczony, zziajany
kładzie się i nieruchomym wzrokiem
patrzy w górę.
Wszystko zastyga w niemym oczekiwaniu.
Drzewa zawsze tak wrażliwe
przestają poruszać ramionami.
Ptak tuli się do ptaka.
Wyświetlana na horyzoncie linia życia
coraz prostsza i bledsza.
Błękit, który towarzyszył dniowi od rana
teraz osłabł i wychodzi tylnymi drzwiami.
Zastąpi go indygo, potem czerń, na końcu - kir.
Ludzie pośpiesznie uchodzą do bram,
zapalają się w oknach pierwsze gromnice.
Z całego nieba
zwołują się płaczki - jedna po drugiej.
A wreszcie blady Sługa Boży
z muzyką sfer niebieskich
odprowadza zmarłego
na miejsce wiecznego spoczynku.
Przed zmierzchem jeszcze ostatni raz tańczy
wśród rudych traw, jak poranek.
Po chwili jednak, zmęczony, zziajany
kładzie się i nieruchomym wzrokiem
patrzy w górę.
Wszystko zastyga w niemym oczekiwaniu.
Drzewa zawsze tak wrażliwe
przestają poruszać ramionami.
Ptak tuli się do ptaka.
Wyświetlana na horyzoncie linia życia
coraz prostsza i bledsza.
Błękit, który towarzyszył dniowi od rana
teraz osłabł i wychodzi tylnymi drzwiami.
Zastąpi go indygo, potem czerń, na końcu - kir.
Ludzie pośpiesznie uchodzą do bram,
zapalają się w oknach pierwsze gromnice.
Z całego nieba
zwołują się płaczki - jedna po drugiej.
A wreszcie blady Sługa Boży
z muzyką sfer niebieskich
odprowadza zmarłego
na miejsce wiecznego spoczynku.

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating