Kalejdoskop złoty
Kalejdoskop złoty
Kiedy umarłem tej nocy,
w świecący tunel zapadłem
jak kalejdoskop był złoty
żywych ścielony dywanem
dłoni, tańczących jak trawy
przez wiatr o zmierzchu głaskane.
Wrzask z ust dobyłem, lecz martwy,
tunel pulsował jak ogień,
trójkąty, kwadraty, mozaiki
igrały milionem rozet,
a w głowie te myśli dzikie,
że to już koniec. To koniec!
Utopiłbym się w panice,
w dywanie z żyjących dłoni,
gdyby wnet spokój nie przyszedł
i nie pomyślałbym — „to nic,
stało się i nie odstanie”,
zatem przestałem się bronić.
Dalej więc już w błogostanie,
te dłonie niosły mnie w jasność,
na grzbiecie przez palców fale
tam, gdzie u wylotu stał ktoś —
ciemne kontury postaci,
przywoływały mnie w światło.
Czułem, że bliscy to jacyś,
było mi ciepło, bezpiecznie
tak jakby znów w łonie matki,
chciałem, by to trwało wiecznie,
nagle z krótkiego omdlenia
oprzytomniałem boleśnie.
Kiedy umarłem tej nocy,
w świecący tunel zapadłem
jak kalejdoskop był złoty
żywych ścielony dywanem
dłoni, tańczących jak trawy
przez wiatr o zmierzchu głaskane.
Wrzask z ust dobyłem, lecz martwy,
tunel pulsował jak ogień,
trójkąty, kwadraty, mozaiki
igrały milionem rozet,
a w głowie te myśli dzikie,
że to już koniec. To koniec!
Utopiłbym się w panice,
w dywanie z żyjących dłoni,
gdyby wnet spokój nie przyszedł
i nie pomyślałbym — „to nic,
stało się i nie odstanie”,
zatem przestałem się bronić.
Dalej więc już w błogostanie,
te dłonie niosły mnie w jasność,
na grzbiecie przez palców fale
tam, gdzie u wylotu stał ktoś —
ciemne kontury postaci,
przywoływały mnie w światło.
Czułem, że bliscy to jacyś,
było mi ciepło, bezpiecznie
tak jakby znów w łonie matki,
chciałem, by to trwało wiecznie,
nagle z krótkiego omdlenia
oprzytomniałem boleśnie.

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating