Recepta

author:  Przemek Trenk
5.0/5 | 5


Ćmy, cholerne ćmy wylatują z jedynej
żarówki tlącej się w moim płacie czołowym.
Zabrakło w nim łóżek na wyobrażenia
co by było gdyby...

Oparłem głowę o pustą butelkę,
to już dziewięćdziesiąt dni.
Mój dom stał się dworcem na którym
przesiadują moje ćmy.

Czekają na pociąg który już nigdy
nie przyjedzie. Dyżurny ruchu pomylił tory.
Głos z pierdzącego głośniczka oznajmia, że
do jutra to już tylko pieszo.

Podziemne przejścia a w nich ulokowany
bezdomny wstyd i rozpacz.
Schody w dół oznaczają krótki termin
przydatności żywotności.

Z odwłoków moich ciem wyrastają krzywe
wieże i przecinają zgliszcza tego co zostało
we mnie wczorajszym. Zapalam kaganek i
dolewam oliwy do mojego we mnie ognia.

Szybko. Śpiesz się człowieku! Wejdź do pustego klasztoru. Tu będziesz bezpieczny. Tu nie ma boga z obrazków, rzeźb i modlitw. I mądrości abym odróżniał jedno od drugiego...

Białe moje noce i ten strach to pióropusz ciała. Pióra czarne i białe. Białe wygrywa a czarne to wczoraj. Krzyżyk w pustym oknie to znak klinicznej śmierci.

Żarówka wciąż oświetla mój dom z cieknącym
dachem. Ćmy niosą pocieszenie i błogosławieństwo. Jeszcze nie śpię. Planuję
kolejny sen i rozliczam się z siebie.

Kolejna ćma spłonęła w ogniu lichej żarówki.
Została jeszcze jedna. Ona też spłonie zanim zasnę. Lekarz wystawił receptę na błogi sen, ale zapomniałem kupić papieru toaletowego i...



 
COMMENTS


My rating

My rating:  
15.09.2024,  Julia Kaczor

My rating

My rating:  

My rating

My rating:  

My rating

My rating:  

My rating

My rating:  
14.09.2024,  Ula eM