Naoczni świadkowie lotu Ikara
królowie odchodzącego etosu
błędnej etiudy
albo
pozytywistycznej niesionej od upadku
głodnego kodycylu
pracy organicznej
darowanym rękom słońca
rzucanym we wszystkie strony kosmosu
rosną w nas bieguny ciepła
maleje w nas równik umiarkowania
całe antypody zrzekają się
woli krzewienia skruchy
w horrendalnym głazie
komnat cnotliwych i grzesznych
komnat występnych i prawych,
które zatrzymują gorąc
dwóch zbliżonych
ku sobie ciał
i ćwiczą swego rodzaju milczenie
w ustach nagromadzenia
wyrazów ratyfikacji
ciężkiej sprawiedliwej oliwy,
która i tak zawsze na wierch wypływa,
która i tak zawsze na wierch wypływa
zataczam krąg
na swej ziemi i ciszy niczyjej,
bo mój jest ten kawałek podłogi
i pod żadnym pozorem
nie wolno ci
kłaść łapy
na Mieście bez imienia
to mój poemat
żegna się z nadzieją
iż nic mi dzisiaj nie potrzeba
nic mi dzisiaj nie potrzeba
iż trzeba ci cieszyć się
z małych rzeczy
prócz boskiej komedii
dell-arte w paryskim ogrodzie
z ptakami wznoszącymi
się wyżej niż lot Ikara
i błękitnego nieba
myślę, że alegoria własności
myślę, że symbol sexu,
że hiperbola miłości,
że litota gniewu i żalu - myślę
już nie powróci
do spalonych na stosie
tytułem przykładu
Giordano Bruno
śmiałych ideałów
herezji dyplomatycznie mówię
do proletariackich serc
porzućmy waśnie
rozejdźmy się i odnajdźmy się
poznajmy rozgrom
płatków śniegu
ale o tym
nie przesądzajmy
błędnej etiudy
albo
pozytywistycznej niesionej od upadku
głodnego kodycylu
pracy organicznej
darowanym rękom słońca
rzucanym we wszystkie strony kosmosu
rosną w nas bieguny ciepła
maleje w nas równik umiarkowania
całe antypody zrzekają się
woli krzewienia skruchy
w horrendalnym głazie
komnat cnotliwych i grzesznych
komnat występnych i prawych,
które zatrzymują gorąc
dwóch zbliżonych
ku sobie ciał
i ćwiczą swego rodzaju milczenie
w ustach nagromadzenia
wyrazów ratyfikacji
ciężkiej sprawiedliwej oliwy,
która i tak zawsze na wierch wypływa,
która i tak zawsze na wierch wypływa
zataczam krąg
na swej ziemi i ciszy niczyjej,
bo mój jest ten kawałek podłogi
i pod żadnym pozorem
nie wolno ci
kłaść łapy
na Mieście bez imienia
to mój poemat
żegna się z nadzieją
iż nic mi dzisiaj nie potrzeba
nic mi dzisiaj nie potrzeba
iż trzeba ci cieszyć się
z małych rzeczy
prócz boskiej komedii
dell-arte w paryskim ogrodzie
z ptakami wznoszącymi
się wyżej niż lot Ikara
i błękitnego nieba
myślę, że alegoria własności
myślę, że symbol sexu,
że hiperbola miłości,
że litota gniewu i żalu - myślę
już nie powróci
do spalonych na stosie
tytułem przykładu
Giordano Bruno
śmiałych ideałów
herezji dyplomatycznie mówię
do proletariackich serc
porzućmy waśnie
rozejdźmy się i odnajdźmy się
poznajmy rozgrom
płatków śniegu
ale o tym
nie przesądzajmy
Poem versions

My rating
My rating
My rating