znów (Moja Mała Polska)
tam gdzie niebo kocha się z ziemią
rodząc następny horyzont
gdzie na przydrożnym drzewie
wisi cień Judasza pytanie samotne
jak skarga sosny przeznaczonej na opał
zatacza koło i powraca echem
odbitym od piekieł w kościelny zaułek
w którym wykrwawia się czas
i grzech jak modlitewne słowo
prowadzi przed ołtarze
upojony nektarem pól dzielę na nas troje
świat czterolistnej koniczyny
dębowy stół apostoł trzyma twardo w dłoni
gorzkie plastry skiby
i wszystkie strony początków i powrotów
psy szczekają na spocone słońce
gdy mleczne krowy łby na spoczynek niosą
tej drogi dawno już nie ma gdzie koń
napinał struny postronków aż chrapy wygrały poloneza
mój dom stoi w środku tego świata szarym gęganiem
ptactwa trzymającym się spódnicy matki pachnącej łanem
urwany w połowie brzask studni mąci pogodne niebo
jabłoni i wiśni pelargonie przylepione do szyby
pilnują ścieżki by nie dała mi zgrzeszyć
widziałem ramiona ciężkie od pytań
ile aniołów zmieści się w kłosie zboża
znów czeszę wierzbę z lat splatam warkocze
w zielony różaniec z piedestału przestrzeni
schodzę boso na ściernie groby pól widzę puste
- wybacz mi ojcze na traktor zamienione konie
rodząc następny horyzont
gdzie na przydrożnym drzewie
wisi cień Judasza pytanie samotne
jak skarga sosny przeznaczonej na opał
zatacza koło i powraca echem
odbitym od piekieł w kościelny zaułek
w którym wykrwawia się czas
i grzech jak modlitewne słowo
prowadzi przed ołtarze
upojony nektarem pól dzielę na nas troje
świat czterolistnej koniczyny
dębowy stół apostoł trzyma twardo w dłoni
gorzkie plastry skiby
i wszystkie strony początków i powrotów
psy szczekają na spocone słońce
gdy mleczne krowy łby na spoczynek niosą
tej drogi dawno już nie ma gdzie koń
napinał struny postronków aż chrapy wygrały poloneza
mój dom stoi w środku tego świata szarym gęganiem
ptactwa trzymającym się spódnicy matki pachnącej łanem
urwany w połowie brzask studni mąci pogodne niebo
jabłoni i wiśni pelargonie przylepione do szyby
pilnują ścieżki by nie dała mi zgrzeszyć
widziałem ramiona ciężkie od pytań
ile aniołów zmieści się w kłosie zboża
znów czeszę wierzbę z lat splatam warkocze
w zielony różaniec z piedestału przestrzeni
schodzę boso na ściernie groby pól widzę puste
- wybacz mi ojcze na traktor zamienione konie

My rating
Moja ocena
Niezwykle ciekawa i malownicza obserwacja.My rating
Moja ocena
Januszu, wzruszyłes mnie..piękny i malowniczy tekst, słowami wkomponowanych w krajobraz.Połączenie starego z nowym.
Każdy z nas żyje w swoim czasie i miejscu . Najgorzej tym co żyją pomiedzy:)
Moja ocena
... piękna liryzacja refleksyjno-filozoficzna rzeczywistościMy rating