Anaideia
Protegowani śmiechem
zza kołnierza
udaremniony stychiczny lincz
na seledynie
wybieram ziarno
nagiej duszy
by pozostało
uwagą lub dyskursem
Fin de siècle
osąd tetrapodii peonicznej
wolę zły wers
czystej intencji
który pęcznieje
i chce rozerwać
formę
wolę strofę
kunsztu nad kunsztami
eurokraty
wolę dystych
od mozaiki
z promiennego szczęścia
na torach
zabawienia
dwojga serc
o jednym korzeniu
pędy oplatają
moją opokę
jestem długim
ramieniem
waltorni
ale nie przytaszczę
za sobą
kontrabas
minie
glisando
ale w niczym
powiadam wam
w niczem
nie odnalazłem
duszy prócz
pudła,
które krzepi
jedwabny szlak
na twym ciele
podążam nim
pradolina i szczyt
wybacz mi realizm,
bo żyć mi się nie chce,
bo wpadłem
w depresję, której
popiół osiada
na włosach
i wzgardzam życiem
nie gram cynika na siłę etyczną
przebacz diament
byleby
w próbie twego
szczęścia najwyższy ton
lubieżnie
asystował przy
kurtuazji
mojego spojrzenia
na czerń
mój sopran, twój tenor
ich baryton
nie istnieje
bez koloru rozsiewającego hyr
nie istnieję
między barwami
moje uznanie
karmi się
inteligencją ale i serca porywem
miraży
miażdży sekundantów
melancholii
ta żywica
krwawi
ale zakrzepnie
i zalśni
w akcie żalu doskonałego
doszedłem do Nagiej Góry
na pustyni oddechu
w sztolni braw
od wyborczej ciszy
do jęków rud
miłości kosmosu
do beczki Diogenesa
z winami
jutrzni nad Styksem,
który nie jest
rysą tego mitu
u podstaw zbawienia
indoktrynują nas
spowiednicy
chłosty śmiechu
nad rwącą rzeką
żalu
ale wiedz, że
i ich ręka boska dosięgnie
kiedy się nie
spodzieją
nie wspomnę
na nich
to nie ten Paryż
nie przebaczę
to nie ten Londyn
nie ogrzeję
bo tylko na Brackiej
w Krakowie
pada deszcz
jeżeli nie rozumiesz Miasta
oddaj miecz
i jego lśnienie
tym, którzy
budują kopiec
z rys
woskowych
na swych barkach
niosą krzyż południa
kapitał
westchnień
zbierz do sakwy
i zawieś na szyi
tytana
a jeśli nieśmiertelny
ulegnie zbroi
w egidzie dewiz
przypieczętuj na wieki
jego piękno
całą krasę
umysłu,
który ryczałtem
za myślenie
dogorywa
w pędzie galaktyk
wciąż oddalając
się
od swego
patologicznego
keloida –
gojąc ryzę
liczby dopuszczalnej
w talii kart
antenata
jesteśmy przeznaczeni
do rzeczy wspaniałych
jesteśmy przeznaczeni
liryce
zza kołnierza
udaremniony stychiczny lincz
na seledynie
wybieram ziarno
nagiej duszy
by pozostało
uwagą lub dyskursem
Fin de siècle
osąd tetrapodii peonicznej
wolę zły wers
czystej intencji
który pęcznieje
i chce rozerwać
formę
wolę strofę
kunsztu nad kunsztami
eurokraty
wolę dystych
od mozaiki
z promiennego szczęścia
na torach
zabawienia
dwojga serc
o jednym korzeniu
pędy oplatają
moją opokę
jestem długim
ramieniem
waltorni
ale nie przytaszczę
za sobą
kontrabas
minie
glisando
ale w niczym
powiadam wam
w niczem
nie odnalazłem
duszy prócz
pudła,
które krzepi
jedwabny szlak
na twym ciele
podążam nim
pradolina i szczyt
wybacz mi realizm,
bo żyć mi się nie chce,
bo wpadłem
w depresję, której
popiół osiada
na włosach
i wzgardzam życiem
nie gram cynika na siłę etyczną
przebacz diament
byleby
w próbie twego
szczęścia najwyższy ton
lubieżnie
asystował przy
kurtuazji
mojego spojrzenia
na czerń
mój sopran, twój tenor
ich baryton
nie istnieje
bez koloru rozsiewającego hyr
nie istnieję
między barwami
moje uznanie
karmi się
inteligencją ale i serca porywem
miraży
miażdży sekundantów
melancholii
ta żywica
krwawi
ale zakrzepnie
i zalśni
w akcie żalu doskonałego
doszedłem do Nagiej Góry
na pustyni oddechu
w sztolni braw
od wyborczej ciszy
do jęków rud
miłości kosmosu
do beczki Diogenesa
z winami
jutrzni nad Styksem,
który nie jest
rysą tego mitu
u podstaw zbawienia
indoktrynują nas
spowiednicy
chłosty śmiechu
nad rwącą rzeką
żalu
ale wiedz, że
i ich ręka boska dosięgnie
kiedy się nie
spodzieją
nie wspomnę
na nich
to nie ten Paryż
nie przebaczę
to nie ten Londyn
nie ogrzeję
bo tylko na Brackiej
w Krakowie
pada deszcz
jeżeli nie rozumiesz Miasta
oddaj miecz
i jego lśnienie
tym, którzy
budują kopiec
z rys
woskowych
na swych barkach
niosą krzyż południa
kapitał
westchnień
zbierz do sakwy
i zawieś na szyi
tytana
a jeśli nieśmiertelny
ulegnie zbroi
w egidzie dewiz
przypieczętuj na wieki
jego piękno
całą krasę
umysłu,
który ryczałtem
za myślenie
dogorywa
w pędzie galaktyk
wciąż oddalając
się
od swego
patologicznego
keloida –
gojąc ryzę
liczby dopuszczalnej
w talii kart
antenata
jesteśmy przeznaczeni
do rzeczy wspaniałych
jesteśmy przeznaczeni
liryce

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating