Wieża
Dzisiaj w nocy nie spałem. Widziałem cię jak stałaś przy regale z książkami i układałaś sny w kolejności alfabetycznej.
To był alfabet japoński. Księżyc ciął ideogramy na plastry. Cień jednego ze snów skierował swój wektor w stronę przyszłości.
W niej wspólnie budowaliśmy domki dla wiewiórek i usypywaliśmy liście w małe kupki. To były sypialnie dla jeży.
Milczeliśmy o nas, o końcu świata. Zerwał się wiatr i rozwiał liście. Strącił domki dla wiewiórek. Budowaliśmy od nowa. Budowaliśmy snami.
W nich wiewiórki były niebieskie i miały pawie ogony. Jedna z nich była martwa. Ona już nie zmartwychwstanie. Uwięziona w smutnej klatce niebieskiego ciała.
A my dalej budowaliśmy. Twoje roztargnienie przy wyborze snów okazało się wirtuozerią.
Budowaliśmy wyobraźnią, nutą piosenki Armstronga "What a wonderful world".
Tego już wiatr nie rozwiał. W tym plastrze snu spoglądaliśmy w niebo.
Zbudowaliśmy dom na czubku dzwonnicy katedry Notre Dame. Mieliśmy kominek w którym paliliśmy naszą poezją. Ufaliśmy matce Joannie od upadłych aniołów.
Wieża. Ona jest cierpliwym końcem mojego snu. A w nim budowaliśmy a ja napisałem piosenkę o kocie i moich ulubionych ciastkach z których zlizywał nadzienie.
Gdy się obudziłem, w radiu puszczali Freddiego "Love kills". Ty spałaś przytulona do naszego psa. Zbudowałem sobie niebo z którego nigdy nie spadnę.
To był alfabet japoński. Księżyc ciął ideogramy na plastry. Cień jednego ze snów skierował swój wektor w stronę przyszłości.
W niej wspólnie budowaliśmy domki dla wiewiórek i usypywaliśmy liście w małe kupki. To były sypialnie dla jeży.
Milczeliśmy o nas, o końcu świata. Zerwał się wiatr i rozwiał liście. Strącił domki dla wiewiórek. Budowaliśmy od nowa. Budowaliśmy snami.
W nich wiewiórki były niebieskie i miały pawie ogony. Jedna z nich była martwa. Ona już nie zmartwychwstanie. Uwięziona w smutnej klatce niebieskiego ciała.
A my dalej budowaliśmy. Twoje roztargnienie przy wyborze snów okazało się wirtuozerią.
Budowaliśmy wyobraźnią, nutą piosenki Armstronga "What a wonderful world".
Tego już wiatr nie rozwiał. W tym plastrze snu spoglądaliśmy w niebo.
Zbudowaliśmy dom na czubku dzwonnicy katedry Notre Dame. Mieliśmy kominek w którym paliliśmy naszą poezją. Ufaliśmy matce Joannie od upadłych aniołów.
Wieża. Ona jest cierpliwym końcem mojego snu. A w nim budowaliśmy a ja napisałem piosenkę o kocie i moich ulubionych ciastkach z których zlizywał nadzienie.
Gdy się obudziłem, w radiu puszczali Freddiego "Love kills". Ty spałaś przytulona do naszego psa. Zbudowałem sobie niebo z którego nigdy nie spadnę.

My rating
My rating
My rating
My rating