PRZEMIANY
zawsze czekałem na wiosnę
jej rozkwitające ze snu łąki
podglądałem jak ptaki czyszczą skrzydła
w soczystym wiosennym powietrzu zabawiają się śpiewem
jak ja tęskniłem do lata
jego zmysłowego oddechu
szumu morza na plaży chrzęszczącej leniwie
pod stopami grających w słońcu w piłkę dzieci wakacji
pamiętam jak pewnego letniego wieczoru za gardło schwyciło mnie
Summer Time Janis Joplin
gdy oślepiony światłem wtulony w kąt dyskoteki
czułem się taki gotowy na przyjęcie bólu prawdziwej miłości
która wciąż mnie omijała
choć tyle dziewczęcych kształtów kołysało się w rytmie
jesień przyjmowałem z ulgą jak po niespełnieniu
z szelestem suchych liści zapadało w niepamięć
co się nie wydarzyło co mogło się tylko przyśnić
pamiętam samotne spacery nad brzegiem rzeki
bezlistne konary drzew puste gniazda ślady po ogniskach
odciski stóp na rozmiękłej ścieżce
ten kto przechodził tutaj przed momentem
był już prehistorią kimś kogo nie było
zawsze wypatrywałem ciebie
której wciąż nie znałem
w szarej pustej przestrzeni lecz na próżno
wtedy śnieg przywalał wszystko bezgranicznie
zima znów była portem w którym zamierał każdy gest uśmiech
a łza choćby ta najszczersza stawała się grudką lodu
spadając bezszelestnie w puszysty jeszcze niepokalany
święty śniegowy dywan
jej rozkwitające ze snu łąki
podglądałem jak ptaki czyszczą skrzydła
w soczystym wiosennym powietrzu zabawiają się śpiewem
jak ja tęskniłem do lata
jego zmysłowego oddechu
szumu morza na plaży chrzęszczącej leniwie
pod stopami grających w słońcu w piłkę dzieci wakacji
pamiętam jak pewnego letniego wieczoru za gardło schwyciło mnie
Summer Time Janis Joplin
gdy oślepiony światłem wtulony w kąt dyskoteki
czułem się taki gotowy na przyjęcie bólu prawdziwej miłości
która wciąż mnie omijała
choć tyle dziewczęcych kształtów kołysało się w rytmie
jesień przyjmowałem z ulgą jak po niespełnieniu
z szelestem suchych liści zapadało w niepamięć
co się nie wydarzyło co mogło się tylko przyśnić
pamiętam samotne spacery nad brzegiem rzeki
bezlistne konary drzew puste gniazda ślady po ogniskach
odciski stóp na rozmiękłej ścieżce
ten kto przechodził tutaj przed momentem
był już prehistorią kimś kogo nie było
zawsze wypatrywałem ciebie
której wciąż nie znałem
w szarej pustej przestrzeni lecz na próżno
wtedy śnieg przywalał wszystko bezgranicznie
zima znów była portem w którym zamierał każdy gest uśmiech
a łza choćby ta najszczersza stawała się grudką lodu
spadając bezszelestnie w puszysty jeszcze niepokalany
święty śniegowy dywan

My rating
My rating
My rating