MEMENTO DIEM | version: 11.01.2026 11:14
Dzień przeczuwa chwilę swojej śmierci.
Przed zmierzchem jeszcze ostatni raz tańczy
wśród rudych traw, jak poranek.
Po chwili jednak, zmęczony, zziajany
kładzie się i nieruchomym wzrokiem
patrzy w górę.
Wszystko zastyga w niemym oczekiwaniu.
Drzewa zawsze tak wrażliwe
przestają poruszać ramionami.
Ptak tuli się do ptaka.
Wyświetlana na horyzoncie linia życia
coraz prostsza i bledsza.
Błękit, który towarzyszył dniowi od rana
teraz osłabł i wychodzi tylnymi drzwiami.
Zastąpi go indygo, potem czerń, na końcu - kir.
Ludzie pośpiesznie uchodzą do bram,
zapalają się w oknach pierwsze gromnice.
Z całego nieba
zwołują się płaczki - jedna po drugiej.
A wreszcie blady Sługa Boży
odprowadza zmarłego
na miejsce wiecznego spoczynku.
Przed zmierzchem jeszcze ostatni raz tańczy
wśród rudych traw, jak poranek.
Po chwili jednak, zmęczony, zziajany
kładzie się i nieruchomym wzrokiem
patrzy w górę.
Wszystko zastyga w niemym oczekiwaniu.
Drzewa zawsze tak wrażliwe
przestają poruszać ramionami.
Ptak tuli się do ptaka.
Wyświetlana na horyzoncie linia życia
coraz prostsza i bledsza.
Błękit, który towarzyszył dniowi od rana
teraz osłabł i wychodzi tylnymi drzwiami.
Zastąpi go indygo, potem czerń, na końcu - kir.
Ludzie pośpiesznie uchodzą do bram,
zapalają się w oknach pierwsze gromnice.
Z całego nieba
zwołują się płaczki - jedna po drugiej.
A wreszcie blady Sługa Boży
odprowadza zmarłego
na miejsce wiecznego spoczynku.
Poem versions
- 11.01.2026 11:18
- 11.01.2026 11:14
- 11.01.2026 11:12
- 11.01.2026 11:09

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating