Dylematy istnienia
Chciałbym odejść względnie
by trzymać w dłoniach
dnie powszednie,
albo ryczałt za docierania światła
płacić
w odmętach świętości
sny zatracić
Chciałbym trwać relatywistycznie
by ukarać ziarno, które kiełkuje
w ziemi żyznej i lśnić w dojrzałości
empirycznie,
albo tańczyć z cieniami
w jaskiniach Raj –
platonicznie
Chciałbym powrócić naukowo
w swych dziełach być
synem epoki,
bo tylko duchowość
może znieść doczesne opoki,
lecz czy morze jest pewne, że pływy są przysięgłe?
Albo jałowa Ziemia
wypchnie ku chwale
istnień wszystek lagier, w geście
swych reparacji?
To bez wątpienia
Krytyka czystego sumienia
albo martwa cierpliwość kamienia
Endemia kruszców ważenia w ferworze
rąk krupiera,
bo gonię eudajmonię
twoje skrzydła i nadobne moje dłonie...
Nie sprzedaj łutu,
odpuść!
Ale w myśli czystej
jestem jak łza uroniona czule
wygnańcem i gospodarzem
w echu muszli
i krzyczę freudowsko, że ciało
poskromię,
bo się buntują bilardowe kule
i do łuzy pojednania
mieszczą postkomunę
A nad nimi niebo
i drwal przypomina artystę
nów się pośpieszył, a pełnią głód jesiennego natchnienia opóźnił
ziemia niby poemat
powołuje świadków białego dnia,
nadaremno
releguje tych, którzy dochowają zbawczej tajemnicy
w nocy przesileniem sławnej
rozwiązując supełek (iskierek),
apolinearnej, nadaremno
i kruszec się mieni
w srebrze zdobny
jego poezja próby
najwyższej
Chciałbym zatuszować swoje egzaltowanie, ale
Akcje idą boso
krach w miłości
jedynie trud stworzenia
dosięga ironii
Walczyć o wpływy przy parzeniu herbaty,
chciałbym nadaremno
a moc tworzenia
ciągle chwyta absolut
dowód to
to dowód
by trzymać w dłoniach
dnie powszednie,
albo ryczałt za docierania światła
płacić
w odmętach świętości
sny zatracić
Chciałbym trwać relatywistycznie
by ukarać ziarno, które kiełkuje
w ziemi żyznej i lśnić w dojrzałości
empirycznie,
albo tańczyć z cieniami
w jaskiniach Raj –
platonicznie
Chciałbym powrócić naukowo
w swych dziełach być
synem epoki,
bo tylko duchowość
może znieść doczesne opoki,
lecz czy morze jest pewne, że pływy są przysięgłe?
Albo jałowa Ziemia
wypchnie ku chwale
istnień wszystek lagier, w geście
swych reparacji?
To bez wątpienia
Krytyka czystego sumienia
albo martwa cierpliwość kamienia
Endemia kruszców ważenia w ferworze
rąk krupiera,
bo gonię eudajmonię
twoje skrzydła i nadobne moje dłonie...
Nie sprzedaj łutu,
odpuść!
Ale w myśli czystej
jestem jak łza uroniona czule
wygnańcem i gospodarzem
w echu muszli
i krzyczę freudowsko, że ciało
poskromię,
bo się buntują bilardowe kule
i do łuzy pojednania
mieszczą postkomunę
A nad nimi niebo
i drwal przypomina artystę
nów się pośpieszył, a pełnią głód jesiennego natchnienia opóźnił
ziemia niby poemat
powołuje świadków białego dnia,
nadaremno
releguje tych, którzy dochowają zbawczej tajemnicy
w nocy przesileniem sławnej
rozwiązując supełek (iskierek),
apolinearnej, nadaremno
i kruszec się mieni
w srebrze zdobny
jego poezja próby
najwyższej
Chciałbym zatuszować swoje egzaltowanie, ale
Akcje idą boso
krach w miłości
jedynie trud stworzenia
dosięga ironii
Walczyć o wpływy przy parzeniu herbaty,
chciałbym nadaremno
a moc tworzenia
ciągle chwyta absolut
dowód to
to dowód

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating