Chore dumki - część 3
......................Rozdział 2.............
Obcowanie
- A tera, Gieniu, jak galancie zjes rybkę, to ci łopowim bajecke ło takiej jednej królewnie, co się utopiła w zece, bo Niemiec jeji nie kcioł, choć stać go było na niom, jako ze markami zachodnimi płacił – wysepleniła babcia donośnie smarcząc w dłoń, by zaraz potem z zainteresowaniem kontemplować jej nieprzeniknioną i za każdym razem czym innym fascynującą zawartość. Tą też ręką sięgnęła po następny kawałek ryby – NOO, NA, JEC ino, a ja ci łopowim – zachęcała, podając mi przepyszną porcyjkę.
- A czemu Markami, a nie Gieniami, babciu?
- Głupiś! Jec nie gadej. Dziamies ino i dziamies tom gembom, a nic ci nie ubywa kromie rozumu…
Bardziej niż bajka zainteresowało mnie coś innego, więc znowu nie pozwoliłem niani rozpocząć opowieści.
- Babuniu, a jak już będę ładnie jadł i jak już mi opowiesz tę bajkę, to nauczysz mnie tak ładnie smarkać do rączki? – Poprosiłem jak tylko najładniej umiałem – dam ci za to buzi i… i będziesz mnie mogła pobujać na kolankach - przekonywałem - i będę cicho, jak będziesz mi opowiadać, i nie będę cię o nic pytał, żebyś się nie denerwowała i czkawki nie dostała jak ostatnio, i już naprawdę nie będziesz mi musiała dawać po łbie, i nie naciągniesz sobie już nadgarstka, przyrzekam, co, babciu..., babciu kochana, nauczysz, co??
Takie smarkanie to było coś! Gdybym dysponował ową umiejętnością, to Jacenty, najważniejszy i najsilniejszy chłopak z podwórka, nie byłby już taki ważny. Jego trzyipółmetrowe strzykniecie śliną przez przednio-zębową szparę byłoby niczym w porównaniu z moją glutową bombą z nosa, wystrzeloną jak pocisk z haubicy przeciwpancernej. A choćby i na metr tylko, co z tego?! Tu liczy się siła rażenia.
- O! patsajta go, smarkaca! Smarkać mu się zachciało. I do tego na głos, i w łapsko jesce – zawołała tymczasem niania z udawanym oburzeniem. W oczach jednak błysnęła iskierka zadowolenia, bo czegoś tam ktoś chciał się od niej nauczyć. – a wis ty sce-nioku, ze nie lza tak charkać w kulturnym towarzystwie, hę?
Ośmielony iskierką pewnie stwierdziłem:
- No a ty w towarzystwie, babciu, charkasz i…. – nie zdążyłem dokończyć myśli. Myśl ową zgubiłem w ponaddźwiękowym uniku przed babcino-pączową pięścią przyspieszoną do kwadratu ponadświetlną eksplozją wypryczyn zainicjowanych głębokim poruszeniem wewnętrznym oraz nieznacznym poruszeniem babcino-pączowego zadu i części trzewi w nim zawartych.
- Ja nie charkam, gówniarzu jeden, ino te, no…, jak im tam…, sksela łocyscom! – wykaszlała, drąc się wniebogłosy i ocierając ramieniem-wielorybem zlane potem czoło – alergię mom na pypcie w powietsu i na takich małych gównojadów jak ty, a poza tym tez mi towarzystwo z ciebie, jak z koziej rzyci luneta!!
Ciśnienie wysadziło jej oczy na wierzch, pokryło białka pajęczą siecią karminowych pęknięć, tak że nawet przez chwilę nie sepleniła.
Nie spostrzegłem, że z przerażenia upadła mi flądra na podłogę.
- I jesce jedzeniem ciska po ziemi!- perorowała - Oj pokarze, pokarze cię Świnta Panienka na takie świntokradztwo, w piekle się smazyć bydzies! Obacys, syćko ojcu powim i matce, ze nie kces źryć i ze spać nie kces po łobiedzie… i w łósko scys cięgiem, a ja dosyć mom prania twoich zafajdanych majtków, nie bede jus prać, nie będę, nie dosyć mi płacą za pilnowanie takiego chuligana jak ty! Obacys, do złoba cię poślą, tam cię Baba Jaga kozium łapką naucy moresu!….
Zasapała się tyradą strasznie, a ja skulony, wtulony w szyję swojego dzielnego wierzchowca cichutko chlipałem.
- I o wazóniku powim, łobacys – wydyszała ostatkiem sił, kaszląc i sapiąc jak ciuchcia wilanowska. Moje chlipanie tymczasem przerodziło się w głośny przerywany szloch.
Wazonik. Mały, gliniany, pstrokaty, gówno warty i nie pamiętany przez nikogo. Babcia Pącz stłukła go, gdy wycierała kurze w meblościance. Przestraszyła się i skrzyczała mnie, że to moja wina, bo jej się miedzy nogami wiercę „kiejbym owsików nałapał”. A ja wtedy przecież za fotelem byłem! „Ale kulos wystawios! Oj, da ci ociec, jak mu pomnę, niech ino z roboty wróci!..”
- Ale baa.. baa.. babciu, przecież to ni… nie…niee ja, nie jaaa.. nie mów nic, nie mów – błagałem chwyciwszy za kant spódnicy – przecież wiesz, że to nie ja – potok łez mógłby zalać cały pokój i zmiękczając podłogę przelać się do sąsiada. Nie potrafił jednak zmiękczyć i wedrzeć się do serca niani.
- A kto ci uwierzy, smarkaczowi jednemu, dzieciakowi?! Mnie ociec uwierzy, mnie płaci za ciebie, to mnie uwierzy, gamoniu jeden, ty!…
A ja już sobie wyobraziłem tą scenę.
. „Jak tam Gienio, grzeczny był dzisiaj, pani Pączkowa?”. „Jak ta lala, panie kochany, jak ta lala…” Zawsze wtedy byłem jej wdzięczny, że w końcu końców mnie chwali. Że mimo gróźb litościwie daruje wybryki, nie skarży i nie utyskuje – na „bandziora jednego”. Litościwa kochana niania – myślałem sobie – złego słowa mi o niej żadnego powiedzieć! Niech jej Bozia da dużo zdrówka.
- No, nie bec jus… (moje: chlip, chlip) nie bec słysys…(chlip). Powim ci tom bajke… i smarkać tes nauce, no dobrze juz, cichaj, cichutko być…
- Ale nie chcę dzisiaj o księżniczce – chlipnąłem ostatni raz i odważyłem się podnieść zawilgotniały wzrok ku jej przekrwionym gałkom ocznym, które na szczęście zdążyły już wrócić na właściwą orbitę.
- No dobrze jus, dobrze – zasyczała dobrotliwie, głaszcząc mnie po główce spoconą, ciepło-lepką dłonią - to o motocykliście, może być? Kces?
- Dobrze babuniu, może być…
...................................................................
Ciąg dalszy (jeśli jeszcze trochę wypić dane mi będzie) nastąpi
Obcowanie
- A tera, Gieniu, jak galancie zjes rybkę, to ci łopowim bajecke ło takiej jednej królewnie, co się utopiła w zece, bo Niemiec jeji nie kcioł, choć stać go było na niom, jako ze markami zachodnimi płacił – wysepleniła babcia donośnie smarcząc w dłoń, by zaraz potem z zainteresowaniem kontemplować jej nieprzeniknioną i za każdym razem czym innym fascynującą zawartość. Tą też ręką sięgnęła po następny kawałek ryby – NOO, NA, JEC ino, a ja ci łopowim – zachęcała, podając mi przepyszną porcyjkę.
- A czemu Markami, a nie Gieniami, babciu?
- Głupiś! Jec nie gadej. Dziamies ino i dziamies tom gembom, a nic ci nie ubywa kromie rozumu…
Bardziej niż bajka zainteresowało mnie coś innego, więc znowu nie pozwoliłem niani rozpocząć opowieści.
- Babuniu, a jak już będę ładnie jadł i jak już mi opowiesz tę bajkę, to nauczysz mnie tak ładnie smarkać do rączki? – Poprosiłem jak tylko najładniej umiałem – dam ci za to buzi i… i będziesz mnie mogła pobujać na kolankach - przekonywałem - i będę cicho, jak będziesz mi opowiadać, i nie będę cię o nic pytał, żebyś się nie denerwowała i czkawki nie dostała jak ostatnio, i już naprawdę nie będziesz mi musiała dawać po łbie, i nie naciągniesz sobie już nadgarstka, przyrzekam, co, babciu..., babciu kochana, nauczysz, co??
Takie smarkanie to było coś! Gdybym dysponował ową umiejętnością, to Jacenty, najważniejszy i najsilniejszy chłopak z podwórka, nie byłby już taki ważny. Jego trzyipółmetrowe strzykniecie śliną przez przednio-zębową szparę byłoby niczym w porównaniu z moją glutową bombą z nosa, wystrzeloną jak pocisk z haubicy przeciwpancernej. A choćby i na metr tylko, co z tego?! Tu liczy się siła rażenia.
- O! patsajta go, smarkaca! Smarkać mu się zachciało. I do tego na głos, i w łapsko jesce – zawołała tymczasem niania z udawanym oburzeniem. W oczach jednak błysnęła iskierka zadowolenia, bo czegoś tam ktoś chciał się od niej nauczyć. – a wis ty sce-nioku, ze nie lza tak charkać w kulturnym towarzystwie, hę?
Ośmielony iskierką pewnie stwierdziłem:
- No a ty w towarzystwie, babciu, charkasz i…. – nie zdążyłem dokończyć myśli. Myśl ową zgubiłem w ponaddźwiękowym uniku przed babcino-pączową pięścią przyspieszoną do kwadratu ponadświetlną eksplozją wypryczyn zainicjowanych głębokim poruszeniem wewnętrznym oraz nieznacznym poruszeniem babcino-pączowego zadu i części trzewi w nim zawartych.
- Ja nie charkam, gówniarzu jeden, ino te, no…, jak im tam…, sksela łocyscom! – wykaszlała, drąc się wniebogłosy i ocierając ramieniem-wielorybem zlane potem czoło – alergię mom na pypcie w powietsu i na takich małych gównojadów jak ty, a poza tym tez mi towarzystwo z ciebie, jak z koziej rzyci luneta!!
Ciśnienie wysadziło jej oczy na wierzch, pokryło białka pajęczą siecią karminowych pęknięć, tak że nawet przez chwilę nie sepleniła.
Nie spostrzegłem, że z przerażenia upadła mi flądra na podłogę.
- I jesce jedzeniem ciska po ziemi!- perorowała - Oj pokarze, pokarze cię Świnta Panienka na takie świntokradztwo, w piekle się smazyć bydzies! Obacys, syćko ojcu powim i matce, ze nie kces źryć i ze spać nie kces po łobiedzie… i w łósko scys cięgiem, a ja dosyć mom prania twoich zafajdanych majtków, nie bede jus prać, nie będę, nie dosyć mi płacą za pilnowanie takiego chuligana jak ty! Obacys, do złoba cię poślą, tam cię Baba Jaga kozium łapką naucy moresu!….
Zasapała się tyradą strasznie, a ja skulony, wtulony w szyję swojego dzielnego wierzchowca cichutko chlipałem.
- I o wazóniku powim, łobacys – wydyszała ostatkiem sił, kaszląc i sapiąc jak ciuchcia wilanowska. Moje chlipanie tymczasem przerodziło się w głośny przerywany szloch.
Wazonik. Mały, gliniany, pstrokaty, gówno warty i nie pamiętany przez nikogo. Babcia Pącz stłukła go, gdy wycierała kurze w meblościance. Przestraszyła się i skrzyczała mnie, że to moja wina, bo jej się miedzy nogami wiercę „kiejbym owsików nałapał”. A ja wtedy przecież za fotelem byłem! „Ale kulos wystawios! Oj, da ci ociec, jak mu pomnę, niech ino z roboty wróci!..”
- Ale baa.. baa.. babciu, przecież to ni… nie…niee ja, nie jaaa.. nie mów nic, nie mów – błagałem chwyciwszy za kant spódnicy – przecież wiesz, że to nie ja – potok łez mógłby zalać cały pokój i zmiękczając podłogę przelać się do sąsiada. Nie potrafił jednak zmiękczyć i wedrzeć się do serca niani.
- A kto ci uwierzy, smarkaczowi jednemu, dzieciakowi?! Mnie ociec uwierzy, mnie płaci za ciebie, to mnie uwierzy, gamoniu jeden, ty!…
A ja już sobie wyobraziłem tą scenę.
. „Jak tam Gienio, grzeczny był dzisiaj, pani Pączkowa?”. „Jak ta lala, panie kochany, jak ta lala…” Zawsze wtedy byłem jej wdzięczny, że w końcu końców mnie chwali. Że mimo gróźb litościwie daruje wybryki, nie skarży i nie utyskuje – na „bandziora jednego”. Litościwa kochana niania – myślałem sobie – złego słowa mi o niej żadnego powiedzieć! Niech jej Bozia da dużo zdrówka.
- No, nie bec jus… (moje: chlip, chlip) nie bec słysys…(chlip). Powim ci tom bajke… i smarkać tes nauce, no dobrze juz, cichaj, cichutko być…
- Ale nie chcę dzisiaj o księżniczce – chlipnąłem ostatni raz i odważyłem się podnieść zawilgotniały wzrok ku jej przekrwionym gałkom ocznym, które na szczęście zdążyły już wrócić na właściwą orbitę.
- No dobrze jus, dobrze – zasyczała dobrotliwie, głaszcząc mnie po główce spoconą, ciepło-lepką dłonią - to o motocykliście, może być? Kces?
- Dobrze babuniu, może być…
...................................................................
Ciąg dalszy (jeśli jeszcze trochę wypić dane mi będzie) nastąpi

My rating
Pisz, pisz, pij, pij.Czekam na dalsze części.