KAPŁANKA SŁOŃCA /ballada/

author:  Anna L. Zięba
0.0/5 | 0


Pod baldachimem starych drzew na szlaku od boskości
strudzoną stopą wolno szła ku sobie do wolności

Na barkach niosła ciężar lat milcząco bez słów skargi
przygniatał ją spowalniał krok wrośnięty w nią garb twardy

Życzliwy cień wychładzał skwar osłaniał ją przed możnym
który zamieniał w szary pył wszystko co mu bezbożne

Kiedy przestała wierzyć czcić bożyszcze rozpasane
wysłało promień ostry co wypalił na niej znamię

To jego pieczęć jego znak gdyby wrócić nie chciała
zabrał jej młodość zabrał część a teraz cześć jej ciala

Nie płacz za dawnym szkoda łez kapłanko złego słońca
podstępny żar jest ze wszech miar wyrocznią jego końca

Te kilka szmatek złota garść bez serca bo zabrakło
zrzuć to na rozszarpanie psom i roznieć własne światło

Lecz ona idąc zwalnia krok wymyśla wciąż przeszkody
i jakby jej ubywa sił a wciąż przybywa drogi

Czy desperacji starczy jej by wybrać samą siebie
czy może wróci by znów czcić słońce na jego niebie?...

@Anna L. Zięba 26 aug. '22



 
COMMENTS