Solarna tęsknota
Humanizm
ściętej szyi słońca
wzrasta na wierze
w trwanie
na usługach bryzy
niejednego kropel
wyrzeczenia
kiedy na metrum
anty-dźwięku
rzucają werbel
akcentujący szał frezji
uniesienia
poselstwo sztuki
nadaje order
wielkiego serca
bijącego gdzieś
w centrali wzruszeń
przyjętych bezpośrednio
w akcie supremacji
szczęścia
budowy domu
osadzonego na skale
kwiatu spoglądającego na tryt
trzykropka
nad oceanem,
klifem żeglugi
w głąb siebie
ruszam
i na tarczy
niosę dewizy
z inszej epoki
stawiania
kleksów
którymi pokryto
odległy ląd
egzemy
wspólnego bólu
nadproża
zrzucanego
na jesień
by nowym kamieniom
z nowej ziemi
odebrać ciężar
oraz cierpliwość
w oczekiwaniu
jutrzni
wiernej transkrypcji
morfemu
wyrazu uznania
słów niedokończonych
zdań przeczących
akapitów bólu
w bezkształcie
tekstu jaki
był na początku mitosis
w formie pojemnej
tęsknoty
za milczeniem
zdefraudowanym
udaremnionej
woli
gdzie każdy początek
to przecież
ciąg dalszy,
a księga zdarzeń
otwarta
w połowie
hospicjum braw domniemanych
traci siłę
na umieranie
w pełni
detonacji słowa:
dom
i konotacji wymagającej uniwersu:
kocham
wymuszenie AI
apelem pamięci
jakże wymownych astralnych
znaczeń
świętej inklinacji
otrzymanej od
przodków
widoku na rysy
twej twarzy
zmęczonej wojną
o tik
naddanej organizacji
piętna wiary
umęczonej ziemi
w rękach Mokosz
na wschodzie rozkoszy
listopad jest tylko
drżeniem łez
strąconych
skrzydłem anioła
widzianego tylko w rymie
okalającym wizje
Oświecenia
rytuałem
domknięcia ram
Historii,
która asertywnie
wabi i zabija
jurysdykcją
Słoneczne epifanie
asocjując
z operą
dwóch albo czterech króli
na
biegunach przysięgłych
pragnień
uległości nicości
które lunatykują
nocą polarną
w rejestrze okamgnień
jako emitent
surrealistyczny
ściętej szyi słońca
wzrasta na wierze
w trwanie
na usługach bryzy
niejednego kropel
wyrzeczenia
kiedy na metrum
anty-dźwięku
rzucają werbel
akcentujący szał frezji
uniesienia
poselstwo sztuki
nadaje order
wielkiego serca
bijącego gdzieś
w centrali wzruszeń
przyjętych bezpośrednio
w akcie supremacji
szczęścia
budowy domu
osadzonego na skale
kwiatu spoglądającego na tryt
trzykropka
nad oceanem,
klifem żeglugi
w głąb siebie
ruszam
i na tarczy
niosę dewizy
z inszej epoki
stawiania
kleksów
którymi pokryto
odległy ląd
egzemy
wspólnego bólu
nadproża
zrzucanego
na jesień
by nowym kamieniom
z nowej ziemi
odebrać ciężar
oraz cierpliwość
w oczekiwaniu
jutrzni
wiernej transkrypcji
morfemu
wyrazu uznania
słów niedokończonych
zdań przeczących
akapitów bólu
w bezkształcie
tekstu jaki
był na początku mitosis
w formie pojemnej
tęsknoty
za milczeniem
zdefraudowanym
udaremnionej
woli
gdzie każdy początek
to przecież
ciąg dalszy,
a księga zdarzeń
otwarta
w połowie
hospicjum braw domniemanych
traci siłę
na umieranie
w pełni
detonacji słowa:
dom
i konotacji wymagającej uniwersu:
kocham
wymuszenie AI
apelem pamięci
jakże wymownych astralnych
znaczeń
świętej inklinacji
otrzymanej od
przodków
widoku na rysy
twej twarzy
zmęczonej wojną
o tik
naddanej organizacji
piętna wiary
umęczonej ziemi
w rękach Mokosz
na wschodzie rozkoszy
listopad jest tylko
drżeniem łez
strąconych
skrzydłem anioła
widzianego tylko w rymie
okalającym wizje
Oświecenia
rytuałem
domknięcia ram
Historii,
która asertywnie
wabi i zabija
jurysdykcją
Słoneczne epifanie
asocjując
z operą
dwóch albo czterech króli
na
biegunach przysięgłych
pragnień
uległości nicości
które lunatykują
nocą polarną
w rejestrze okamgnień
jako emitent
surrealistyczny

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating