Małżonkowie Liczby π
Odchodzą od zapomnienia
wertykalne oracje
gwiazd upadłych
na ziemię
prawą i żyzną
eminencje dialogu
i długu reperkusje odbijające
czelność patrzenia na nas
owłosionego zwierzątka wschodu
publicznego klinu,
wbitego między cień, a poświatę
jasnej klingi światła wybawcy
uciśnionych stron
teatrum bez kurtyny
który blednie
wraz z nocą,
która nie nadchodzi
i dniem,
który nie nastaje
bo kiedy drga struna światła –
drży moja wiara
A wydaje się
rozniecać płomień
w sercach i umysłach
ażurowej świecy,
z której kapie zmęczenie
na peron łez
torów kolei życia
doskonale równoległych
oczekiwań
skarg i zażaleń
umiejscowionych
w pluralizmie naszych spojrzeń
egzekwowanych grzechem
ostatniej woli
spadła na nas katastrofa mansardy
sensualizmu górniczego
w sztolni łez utajenia
porywają nas fale girland cieków krasowych
wód firmamentu
okno nieba otwiera się
śluzą oportunizmu
zamykając jedną powiekę
drugą rzucając klątwę
epistemy
lukru na wypieki padające
papierosy już nie smakują
woda już przekwitła i nie bywa słodka
Świeccy rycerze
zodiaku
jadu skorpiona
krzyżują strofy
na dnie, na dnie morza
zapisane
słowem honorowym, chłostą śmiechu
blaskiem pamięci,
fleszem integracji
gdzie kamień i rdza
dochodzą przeznaczenia
cierpliwie tocząc swe jestestwo,
snem niebanalnym
serum arkadii
Ostrzegam was małżonkowie
Liczby π
urną aspektu nieskończoności
której korzenie sięgają
wczesnego baroku
i późnego kapitalizmu
z echem
zniesionego przez
interwał
w muzyce palca Amazonki
podniesionego
jako sacrum
przed zgubnym krokiem siły wyższej w hic et nunc
w etiudzie
żelaznego cienia
Miałem duży sen
ale kultura nie dała
mi gwarancji,
że jedenaste przykazanie
każe mi być obojętnym
na forum dziedziczenia
rymów
stawianych na końcu
świata wersu,
który zażądał
samotności
albo przynajmniej
dystychu
w dwójnasób
teologii i filozofii
przenikających się
przyczyną
tworzenia
wertykalne oracje
gwiazd upadłych
na ziemię
prawą i żyzną
eminencje dialogu
i długu reperkusje odbijające
czelność patrzenia na nas
owłosionego zwierzątka wschodu
publicznego klinu,
wbitego między cień, a poświatę
jasnej klingi światła wybawcy
uciśnionych stron
teatrum bez kurtyny
który blednie
wraz z nocą,
która nie nadchodzi
i dniem,
który nie nastaje
bo kiedy drga struna światła –
drży moja wiara
A wydaje się
rozniecać płomień
w sercach i umysłach
ażurowej świecy,
z której kapie zmęczenie
na peron łez
torów kolei życia
doskonale równoległych
oczekiwań
skarg i zażaleń
umiejscowionych
w pluralizmie naszych spojrzeń
egzekwowanych grzechem
ostatniej woli
spadła na nas katastrofa mansardy
sensualizmu górniczego
w sztolni łez utajenia
porywają nas fale girland cieków krasowych
wód firmamentu
okno nieba otwiera się
śluzą oportunizmu
zamykając jedną powiekę
drugą rzucając klątwę
epistemy
lukru na wypieki padające
papierosy już nie smakują
woda już przekwitła i nie bywa słodka
Świeccy rycerze
zodiaku
jadu skorpiona
krzyżują strofy
na dnie, na dnie morza
zapisane
słowem honorowym, chłostą śmiechu
blaskiem pamięci,
fleszem integracji
gdzie kamień i rdza
dochodzą przeznaczenia
cierpliwie tocząc swe jestestwo,
snem niebanalnym
serum arkadii
Ostrzegam was małżonkowie
Liczby π
urną aspektu nieskończoności
której korzenie sięgają
wczesnego baroku
i późnego kapitalizmu
z echem
zniesionego przez
interwał
w muzyce palca Amazonki
podniesionego
jako sacrum
przed zgubnym krokiem siły wyższej w hic et nunc
w etiudzie
żelaznego cienia
Miałem duży sen
ale kultura nie dała
mi gwarancji,
że jedenaste przykazanie
każe mi być obojętnym
na forum dziedziczenia
rymów
stawianych na końcu
świata wersu,
który zażądał
samotności
albo przynajmniej
dystychu
w dwójnasób
teologii i filozofii
przenikających się
przyczyną
tworzenia

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating