Syn nocy letniej
krążą nad nami
żelazne ptaki
że staniemy się
pierwszym uderzeniem
że celem giełdowym
i daniną nocy
jak głodne pacierze
że w Minerwę sztuki
nie wierzę
bo wieże
były alternatywne
takie same
lecz narratywne
pionowe
ekstatyczne
światowe
dualistyczne
i miastu
ogłaszane
pełnie i nowie
z jednej strony
znane, nieobce
z krzesiwa
rozpalane
przez człowieka
wybrano
zorze
dzięki naturze
ukołysano
hale
w tym czy
we wtem
nawale
odnosząc zwycięstwo
kiełkuje
i owocuję
dojrzale
umarło
przeznaczenie
me westchnienie
się spłoszyło
ale dary losu
z sennego oblężenia
wypędziło
akta
wyrzucone w morze
jeśli się Boże
na Jowiszu
strapię
w porze
oddania daniny
święte boże
na ugorze
to wyślij proszę
depeszę
z groszem
gdzie awers
terrorym
wdraża azyl
w ustrój
suwerena kraju
a pokój zwierzeń
balsam na
duszy oliwi
żeń-szeń
ozdrowiejesz
na Polach Elizejskich
gdzieś nad Sekwaną
w Raju
roznosi plagi
władca
niepoprawny
na haju
a rycerz błędny
mu stryjem
wyjdźmy przed
gospodarza
galopem
bo wiatrak mu zadął
w oczy
i do białogłowy
wzdychał
a skażonego sumienia
i czystych rąk
nie winien
bym odtoczył się
z przestworzy
na niebie
bez zgody
zezwolenia
konkordatu
ugody
syn nocy letniej
Fatum
traf losu
i junty rzuconej
na ducha
w imię
Gospody
Ojca i Syna
dzieweczko!
- to dzień biały!
przy tobie
nie ma
Bohuna
ona nie słucha
już go wiatry
wygnały
lekceważąc
pnie
szyje ścięte
uzurpacją
jowialne
racje
artykułując
negacją
kantyleną zwycięstwa
owacją publiki
ordynacją chłopa
sumień i wartości
dokumentacyją
gradacją
emancypacji
komet
i teokracji
mienia
najcudowniejszego
ucznia
boskiego
natchnienia
choć najtępszego
w szkole świata
ugodzonego chabrem
to repetować
nie będzie żadnej
zimy i lata
to mój
własny ogień
mój tata
żelazne ptaki
że staniemy się
pierwszym uderzeniem
że celem giełdowym
i daniną nocy
jak głodne pacierze
że w Minerwę sztuki
nie wierzę
bo wieże
były alternatywne
takie same
lecz narratywne
pionowe
ekstatyczne
światowe
dualistyczne
i miastu
ogłaszane
pełnie i nowie
z jednej strony
znane, nieobce
z krzesiwa
rozpalane
przez człowieka
wybrano
zorze
dzięki naturze
ukołysano
hale
w tym czy
we wtem
nawale
odnosząc zwycięstwo
kiełkuje
i owocuję
dojrzale
umarło
przeznaczenie
me westchnienie
się spłoszyło
ale dary losu
z sennego oblężenia
wypędziło
akta
wyrzucone w morze
jeśli się Boże
na Jowiszu
strapię
w porze
oddania daniny
święte boże
na ugorze
to wyślij proszę
depeszę
z groszem
gdzie awers
terrorym
wdraża azyl
w ustrój
suwerena kraju
a pokój zwierzeń
balsam na
duszy oliwi
żeń-szeń
ozdrowiejesz
na Polach Elizejskich
gdzieś nad Sekwaną
w Raju
roznosi plagi
władca
niepoprawny
na haju
a rycerz błędny
mu stryjem
wyjdźmy przed
gospodarza
galopem
bo wiatrak mu zadął
w oczy
i do białogłowy
wzdychał
a skażonego sumienia
i czystych rąk
nie winien
bym odtoczył się
z przestworzy
na niebie
bez zgody
zezwolenia
konkordatu
ugody
syn nocy letniej
Fatum
traf losu
i junty rzuconej
na ducha
w imię
Gospody
Ojca i Syna
dzieweczko!
- to dzień biały!
przy tobie
nie ma
Bohuna
ona nie słucha
już go wiatry
wygnały
lekceważąc
pnie
szyje ścięte
uzurpacją
jowialne
racje
artykułując
negacją
kantyleną zwycięstwa
owacją publiki
ordynacją chłopa
sumień i wartości
dokumentacyją
gradacją
emancypacji
komet
i teokracji
mienia
najcudowniejszego
ucznia
boskiego
natchnienia
choć najtępszego
w szkole świata
ugodzonego chabrem
to repetować
nie będzie żadnej
zimy i lata
to mój
własny ogień
mój tata

My rating
My rating
My rating
My rating
My rating
My rating